Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

TAG albo albo ;)

Dziś TAG, który znalazłam na blogu KittyAilla: http://biblioteczkaciekawychksiazek.blogspot.com 
a że jeszcze go nie robiłam, oto jest ;)

1. Wolisz czytać tylko trylogie, czy tylko powieści jednotomowe?
Trylogię,  chociaż nie jest tak, że czytam tylko trylogie, jednak jest sporo książek jednotomowych, które chciałabym, żeby były trylogiami, bo aż smutno się człowiekowi robi, jak zamyka jakąś rewelacyjną powieść jednotomową i wie, że nie pozna dalszych przygód swoich ulubionych bohaterów. 

2. Wolisz czytać tylko powieści pisane przez autorki, czy tylko przez autorów?
Nie ma to dla mnie żadnego znaczenia, ale biorąc pod uwagę 4 moje ulubione książki/serie  zauważyłam w swoich upodobaniach wyraźni podział: jeśli chodzi o serie książek i kryminały czy sensacje królują mężczyźni tj. Dan Brown i Stieg Larsson, natomiast w wypadku powieści jednotomowych i powieści obyczajowych zdecydowanie wygrywają kobiety: Renata L. Górska i Małgorzata Kursa. 

3. Wolisz kupować tylko w Empiku, czy tylko w sklepach internetowych?
W sklepach internetowych, z bardzo prozaicznego powodu: są znacznie tańsze, więc po co przepłacać?

4. Wolisz, żeby wszystkie książki zekranizowano, czy żeby powstał z nich serial?
Ciężko powiedzieć, to zależy od książki, ale jeśli serial byłby dobrze zrobiony to raczej wolę serial, zawsze to więcej czasu zajmuje obejrzenie sezonu serialu niż jednego filmu, więc jest większa szansa na oddanie charakteru książki.

5. Wolisz czytać pięć stron dziennie, czy pięć książek tygodniowo?
5 stron dziennie? Litości, z drugiej strony 5 książek tygodniowo nie zdołałabym raczej przeczytaćale mając do wyboru tylko te dwie opcje, zdecydowanie wybieram tę drugą. 

6. Wolisz być profesjonalnym recenzentem, czy autorem?
Chciałabym być autorem, ale to raczej zostaje w sferze marzeń, bo niestety po zapisaniu kilkunastu stron mój entuzjazm słabnie...

7. Wolisz czytać tylko 20 ulubionych książek w kółko, czy sięgać po nowe pozycje?
   Zdecydowanie sięgać po nowe pozycje, ogólnie rzecz biorąc raczej nie wracam po raz kolejny ndo raz przeczytanych książek, chyba że po długim czasie ;)

8. Wolisz być bibliotekarzem, czy sprzedawcą książek?
Wolałabym być bibliotekarką, ta praca ma jakiś swój klimat, chociaż pracą w księgarni również bym nie pogardziła;)

9. Wolisz czytać tylko swój ulubiony typ literatury, czy wszystko poza nim?
Hmm... ale ja nie mam jednego ulubionego typu! Kocham kryminały, sensacje i powieści obyczajowe, pozostałych gatunków czytać nie muszę;)


10. Wolisz książki fizyczne czy e-booki? 

Zdecydowanie książki fizyczne, e-booki czytałam od wielkiego dzwonu, jak muszę. Papierowe książki to zupełnie inna bajka, oprócz samej treści jest jeszcze faktura i zapach papieru, ciężko to wytłumaczyć, ale myślę, że doskonale zrozumie to każdy zwolennik książek papierowych. Chociaż szczerze mówiąc, czasami zazdroszczę fanom e-booków, bo to duża oszczędność miejsca:)

Ja nominuję:
1. http://leonzabookowiec.blogspot.com/
2. http://books-culture.blogspot.com
3. http://pozeram-ksiazki-jak-ciasteczka.blogspot.com/

I każdego, kto ma ochotę wykonać ten TAG ;)

piątek, 28 sierpnia 2015

"Obwiniona"- Robert Rotenberg

"Nigdy nie wolno ci zapomnieć, że za pompą i ceremonią, które towarzyszą każdej rozprawie, kryją się prawdziwi ludzie i ich prawdziwe cierpienie..."

Tytuł: Obwiniona
Autor: Robert Rotenberg
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Michał Juszkiewicz
Data wydania: 19.07.2011r.
ISBN: 978-83-7648-824-0
Ilość stron: 424
        Kobieta, która stała się kozłem ofiarnym, proces, który nie powinien mieć miejsca, a w tle rodzinne tajemnice, kłótnie i  niesnaski- to właśnie oferuje nam Robert Rotenberg w powieści "Obwiniona".

            W noc przed rozprawą rozwodową, we własnej kuchni zostaje znaleziony martwy Terrance Wyler- majętny współwłaściciel  marketu "Wyler Foods". Przyczyna zgonu jest oczywista: wykrwawienie na skutek ran kłutych. Oczywistą oskarżoną zostaje Samantha Wyler- żona ofiary, która wielokrotnie po rozstaniu groziła mężowi, ponadto Wyler chciał ograniczyć jej kontakty z ich synem- Simonem, a tuż przed śmierciom Terrence prosił żonę, przy przyszła do niego, aby dogadać się w kwestii ugody. Ostatecznym dowodem winy kobiety był fakt, że nazajutrz rano czekała zakrwawiona z narzędziem zbrodni w ręce, pod gabinetem swojego adwokata, a zaznania świadków, na czele z 4-letnim Simonem tylko pogrążają Samanthę. 
           Śledztwo prowadzi dwóch błyskotliwych detektywów: Ari Green i Daniel Kennicott, a w roli oskarżyciela występuje prokurator Jennifer Raglan, zaś po drugiej stronie barykady, w roli obrońcy oskarżonej, staje Ted DiPaulo. Nie jest to bez znaczenia, gdyż znaczna część akcji dzieje się właśnie na sali sądowej.

           Bardzo podoba mi się pomysł na fabułę. Co prawda samo morderstwo jest takie, jakich wiele, jednak Rotenberg zdecydował się pokazać zupełnie inne oblicze śledztwa i za to dla niego wielki plus. 
             Zazwyczaj czytając kryminał, towarzyszymy śledczym w pościgu za mordercom, a książka kończy się w chwili schwytania sprawcy. W "Obwinionej" jest zupełnie inaczej: już na początku mamy oskarżoną, samo śledztwo jest krótkie, a główny wątek stanowi proces sądowy. Autor skupił się przede wszystkim na roli prokuratora i obrońcy: W jaki sposób obie strony przygotowują się do procesu? Co nimi kieruje? O czym myślą? Na te i wiele innych pytań poznacie odpowiedź czytając "Obwinioną". 
  
          Jeśli chodzi o bohaterów to ciężko coś o nich powiedzieć. Na pewno łączy ich jedno: zarówno Jennifer, jak i Ted są niezwykle zaangażowani w pracę, na czym cierpią ich rodziny. 
Szczerze mówiąc, trochę zabrakło mi kreacji bohaterów, autor nadał im "jakieś" cechy, chyba tylko po to, by dało się ich rozróżnić, dopiero pod koniec zaczynają być bardziej ludzcy. Najbardziej przypadł mi do gustu Ted, może dlatego, że był najlepiej napisaną postacią, w całej książce, z konkretnym bagażem doświadczeń.

          Co do stylu autora, to pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, to że jest to typowo męski kryminał: język jest prosty, bez ozdobników, a tok myślenia niezwykle rzeczowy, chwilami wręcz pozbawiony emocji. Niemniej jednak całość czyta się naprawdę dobrze, więc jak najbardziej polecam ;)
                   

wtorek, 25 sierpnia 2015

Między książką a filmem- "Pięćdziesiąt twarzy Greya"

           Zainspirowana obejrzaną wczoraj ekranizacją "Pięćdziesięciu twarzy Greya", wpadłam na pomysł stworzenia nowego cyklu na blogu: "Między książką a filmem", w którym będę porównywać zawartość książki i jej ekranizacji i przedstawiać ogóle wrażenie pod obejrzeniu filmu.


                          

UWAGA! 
Post może zawierać spoilery :)

           Dziś na pierwszy ogień idzie, jak w tytule, "Pięćdziesiąt twarzy Greya". Nie chcę rozwodzić się nad książką, jej recenzję znajdziecie w osobnym poście: >klik<

          Film obejrzałam tak naprawdę z ciekawości. Już podczas czytania książki, wielokrotnie zastanawiałam się, jak twórcy ekranizacji ukazali daną scenę, biorąc pod uwagę, że "Pięćdziesiąt twarzy..." to powieść erotyczna, a nie porno (choć wiele osób niestety nie widzi, między nimi różnicy). W końcu wygospodarowałam 2 godziny (bo tyle trwa film), na obejrzenie tego "dzieła" i jestem kompletnie rozczarowana.

        Jestem realistką, zdaję sobie sprawę, że ekranizacja nigdy nie oddaje 100% treści książki, bo tak się po prostu nie da, ale w życiu, nie pomyślałabym, że można, aż tak zepsuć ekranizację tej, w gruncie rzeczy, dość prostej powieści.

       Szczerze mówiąc, kiedy pojawiły się napisy końcowe, poczułam ulgę. Chciałam dotrwać do końca filmu i udało mi się, ale obawiam się, że gdybym musiała siedzieć przed ekranem jeszcze pół godziny, to byłabym nie  przetrwać. Słyszałam wiele pochlebnych opinii o tym filmie, jednak chyba nikt z chwalących film, nie zapoznał się z książką, mało tego, mam wrażenie, że scenarzysta czytał co którąś stronę...

     Już po pierwszych kilku minutach zauważyłam wycięte sceny, a później było tylko gorzej, gdyż niektóre z wyciętych scen były istotne dla całości, tak że efekt finalny chwilami nie ma sensu. Momentami miałam wrażenie, że twórcy bardzo polubili postać Christiana Greya, bo wybielili go, jak tylko się dało, za to z Anastasia wyszła na rozhisteryzowaną, niezdecydowaną nastolatkę (już w książce chwilami irytował mnie jej charakter, ale w filmie jest wręcz karykaturalna). To nad czym ubolewam, to fakt, że kompletnie zmarginalizowano postać Kate, która w powieści wprowadzała element...racjonalizmu? W ekranizacji, jest kompletnie nijaka, przezroczysta, tak samo jak reszta znajomych Anastasii, którzy zostali praktycznie zupełnie pominięci. A co gorsza (o zgrozo), twórcy wpadli na "genialny" pomysł, by w niektórych scenach nadać Anastasii cechy Kate! (np. podczas obiadu u rodziców Greya).    

     Mam wrażenie, że twórcy filmu sami nie byli do końca zdecydowani, jak powinien wyglądać efekt końcowy ich pracy. Pozbyli się prawie wszystkich scen, ukazujących normalne życie bohaterki, co sugerowałoby, że skupią się na scenach erotycznych, jednak nic bardziej mylnego! Ci, którzy twierdzą, że w filmie jest dużo erotyki, z pewnością, nie mieli w ręku powieści, bo zostało może 30% scen z książki.

    E.L. James, nigdy nie ukrywała, że jej inspiracją był "Zmierzch". Cóż, chyba nie tylko jej, gdyż mam wrażenie, że aktorzy również chcieli stworzyć coś na wzór sagi o wampirach i brali przykład z Kristen Stewart i Roberta Pattinsona. O ile Dakota Johnson nie przeszkadzała mi specjalnie, o tyle na Jamiego Dornana nie mogłam patrzeć. Kompletnie nie pasował mi do tej roli i naprawdę nie mogę zrozumieć czym jest spowodowane uwielbienie dla odtwórcy roli Greya.

    Ale, żeby nie było aż tak negatywnie, to na koniec pozytywny aspekt. Jedna rzeczy podobała mi się w filmie, a mianowicie muzyka. Uważam, że ścieżka dźwiękowa jest naprawdę dobra, klimatyczna i przyjemna dla ucha:)

 A wy oglądaliście "Pięćdziesiąt twarzy Greya"? Jak wrażenia?

PS: Przypominam, że można już dodawać komentarze anonimowo, więc zapraszam, do dzielenia się swoimi spostrzeżeniami;)


      

sobota, 22 sierpnia 2015

Liebster Blog Award nominacja nr 4

Otrzymałam kolejną nominację do Liebster Blog Award za co dziękuję Wolę książki z bloga: http://niedziekiwoleksiazki.blogspot.com

Zgodnie z zasadami zabawy: „Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę”. Po przyjęciu LBA należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował. Obowiązkiem jest też wklejenie znaku LBA do wpisu.”


Pytania, które otrzymałam:


 1.Jaka jest pierwsza książka którą przeczytałaś/eś samodzielnie?
Szczerze? Nie mam pojęcia! Ale pamiętam serię ilustrowanych książek z Kubusiem Puchatkiem, więc może to? :D

 2.Słuchasz muzyki w czasie czytania?  Jak tak to jakiej? 
Czasami, ale działa to raczej na zasadzie "coś tam leci w tle". Nie przywiązuję uwagi do tego co to za muzyka, skupiam się na książce. 

3.Jesteś za czy przeciw czytnikom elektronicznym?
Jestem zwolenniczką czytania, bez względu na formę. Osobiście wolę wersje papierowe, ale jak ktoś woli e-booki to niech je sobie czyta, byleby czytał cokolwiek:D 
 4.Jaka książka sprawiła,że płakałaś/eś? 
Oj ciężkie pytanie, musiałam się posiłkować swoją biblioteczką na lubimyczytac, gdyż zdecydowanie częściej śmieje się niż płaczę przy czytaniu, ale rozkleiłam się przy zakończeniu "Statku śmierci"
5.Jaka jest twoja ulubiona trylogia? 
Zdecydowanie "Millennium" Stiega Larssona (czy to jeszcze trylogia, skoro już za niespełna tydzień premierę ma IV tom? Ale autor jest inny, więc przyjmijmy, że jednak trylogia:D) Uwielbiam te książki i czekam na premierę "Co nas nie zabije", zżera mnie ciekawość, czy
6.Jaka ekranizacja książki wyszła według ciebie najlepiej?
To zależy czy mówimy o dokładności odwzorowania czy walorach estetycznych filmu?
Lubię ekranizację "Kodu Leonarda da Vinci" Browna;)
 7.Zazwyczaj preferujesz tych "złych" czy "dobrych" bohaterów? 
Zdecydowanie dobrych;) Takich, z którymi można się identyfikować. 
8.Jaka jest twoja ulubiona pisarka? 
Pisarka? Czyli kobieta? hmm... jest ich kilka. Lubię Renatę L. Górską, Małgorzatę Kursę, Camillę Lachberg... ciężko zdecydować się na jedną;)

9.Gdzie najbardziej lubisz czytać? 
 Wszędzie;) w parku, na ogródku, w autobusie;)

10.Jaka jest twoja ulubiona książka (jeden tom) 
hmm... "Za plecami anioła" Renaty L. Górskiej 
i "Najlepsze jest najbliżej" Małgorzaty Kursy

11.Przez jaką książkę/autora/autorkę pokochałaś/eś czytanie?
Pamiętam, że byłam oczarowana "Dziewczynką z szóstego księżyca"





















wtorek, 18 sierpnia 2015

"Naśladowca"- Erica Spindler

"Wszyscy w coś gramy. Życie jest jedną wielką grą. I wszyscy chcemy wygrać..."
Tytuł: Naśladowca
Autor: Erica Spindler
Wydawnictwo: Harlequin
Tłumaczenie: Krzysztof Puławski
Data wydania: 2007r.
ISBN: 978-83-238-3068-9
Ilość stron: 480


          Dziś prezentuję Wam książkę, na którą trafiłam na blogu Ani (http://www.anianotuje.pl/) i po tak zachęcającej recenzji stwierdziłam, że muszę przeczytać tę pozycję... i dobrze zrobiłam;)

           Zanim przejdę do treści, kilka słów o wydaniu...
Szczerze mówiąc, gdy przyniosłam "Naśladowcę" do domu, mój entuzjazm osłabł. Położyłam książkę na stole i przyglądałam się jej nieco zniesmaczona. Była po prostu brzydka. Okładka kompletnie do mnie nie przemawiała: kolory wyglądające jak wyblakłe (na zdjęciu poprawione komputerowo) i wycięte papierowe ludziki. Nie to nie tak powinno wyglądać...
          W Polsce "Naśladowca" został wydany dwukrotnie i druga okładka jest zdecydowanie lepsza. Gdybym miała kupić własny egzemplarz to zdecydowanie postawiłabym na drugie wydanie (dla zainteresowanych druga okładka: >klik<).  Jeśli chodzi o moje wydanie to chwilami miałam wrażenie, że pierwsze strony za chwilę zaczną wypadać (na szczęście tak się nie stało), ale wydanie pochodzi z 2007 roku, a egzemplarz wypożyczyłam z biblioteki, gdzie przeszedł zapewne przez wiele rąk, więc można to wybaczyć. 
Na uwagę zasługuje styl autorki. Spindler pisze z lekkością, dobrze i szybko się czyta. Język jest łatwy w odbiorze i przyjemny dla oka. 

                             Ale skupmy się na najważniejszym elemencie, czyli fabule:
     Zabójca okrzyknięty mianem mordercy śpiących aniołków zabija 10-letnie dziewczynki. W spokojnym mieście, w którym ceni się wartości rodzinne co 6 tygodni ginie kolejna dziewczynka. 
Po pięciu latach od tych zdarzeń morderstwa zaczynają się na nowo. Wszystko wygląda jak przy zbrodniach sprzed pół dekady, jedyną różnicą jest inne ułożenie rąk ofiar. Morderca śpiących aniołków zmienił nieco sposób działania czy też doczekał się naśladowcy?
       Sprawę prowadzi Kitt Lundgen- kobieta, która próbowała złapać mordercę przed pięcioma laty. Niestety poniosła wtedy porażkę a sprawa stała się jej obsesją. Partneruje jej Mary Catherine Riggio czyli M.C- jedyna (poza Kitt) kobieta w wydziale. Czy tym razem uda im się złapać zabójcę?

       Kilka słów należy się bohaterom (a raczej bohaterkom), bo to naprawdę barwne postacie. 

Kitt Lundgren- kobieta po 40-stce. Wraca do policji po dłużej przerwie. Do tej pory nie wybaczyła sobie, że nie udało jej się schwytać mordercy dzieci sprzed pięciu lat. Ta sprawa stała się jej obsesją. Morderca wybierał ofiary takie, jak jej córka- Sadie- 10-letnie blondynki z niebieskimi oczami. Nieuchwytny sprawca był zaledwie początkiem serii nieszczęść jakie spotkały Kitt: jej jedyna córka zmarła na białaczkę, a kobieta zaczęła topić smutki w alkoholu w wyniku czego odszedł od niej mąż. Jednak Kitt podniosła się i mimo że ciągle prześladowały ją demony przeszłości, wzięła swój los we własne ręce. 

"...podniosła się po kolejnym ciosie, choć inni już dawno poszliby na dno..."

 Mary Catherine Riggio- przez współpracowników zwana M.C. Twarda, bezkompromisowa i bardzo ambitna. Zawsze walczy o swoje. Przyzwyczajona do rywalizacji, teraz będzie musiała nauczyć się współpracy.

         Mówi się, że podczas czytania książki najważniejszy jest jej początek, gdyż to właśnie od pierwszego wrażenia zależy, jakie mamy nastawienie do lektury. Tutaj początek pobudza ciekawość. Autorka zrobiła wszystko by już na wstępie wciągnąć czytelnika w wir wydarzeń i udało jej się to w stu procentach. Zaczęło się od trzęsienia ziemi, a potem było jeszcze lepiej. Razem z Kitt i M.C. błądziłam zawiłym labiryntem poszlak, czując się jak trzeci śledczy. Wiele razy zastanawiałam się nad jakimś tropem i myślałam: "O co tu do diabła chodzi?". Irytowało mnie i intrygowało jednocześnie, że nie mogę wpaść na żaden sensowny pomysł i ciągle zastanawiałam się, co się za chwilę wydarzy.

            "Naśladowca" to perfekcyjne zbudowany, wielowymiarowy thriller z wątkiem miłosnym w tle. To coś więcej niż tylko wciągający dreszczowiec, to również piękna opowieść o pokonywaniu własnych słabości i podnoszeniu się po każdym, nawet najbardziej bolesnym upadku, o budowaniu przyjaźni i o tym, jak ważne jest wzajemne zaufanie.

             Najlepszą rekomendacją niech będzie fakt, że pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po przeczytaniu tej książki było sprawdzenie, czy jest jej kontynuacja. I jest! Więc już niedługo sięgam po drugą część przygód Kitt i M.C: "Złodziej tożsamości" 


A wy czytaliście "Naśladowce"? A może możecie polecić mi jakieś inne tytuły tej autorki?  
   

Naśladowca [Erica Spindler]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

piątek, 14 sierpnia 2015

"Klinika śmierci"- Harlan Coben

"Stara dobra moralność woli pozory niż prawdę..."


Autor: Harlan Coben
Tytuł: Klinika śmierci
Wydawnictwo: Albatros
Tłumaczenie: Robert Sudół
Data wydania: 09.11.2011r.
ISBN: 9788376595108
Ilość stron: 512
                 
          
                    Dawno nie czytałam Cobena. Co prawda jakiś czas temu byłam jego wielką fanką, namiętnie pochłaniałam jego kryminały: od "Nie mów nikomu", przez "Bez pożegnania" na serii z Myronem Bolitarem kończąc, jednak po kilku książkach odkryłam schemat, jakim posługuje się autor i dość szybko domyślałam się, jak będzie wyglądać rozwiązanie zagadki, a wtedy zabawa się kończyła. 
  
                 Do sięgnięcia po "Klinikę śmierci" zachęciła mnie jedna z przeczytanych recenzji. Zaintrygowała mnie tematyka. Thriller medyczny? Tego jeszcze nie czytałam...

                 Fabuła jest interesująca: W brutalny sposób zostają zamordowani dwaj homoseksualiści. W obu przypadkach morderca, okrzyknięty mianem "Homorozpruwacza", dział według tego samego schematu, ponadto obaj zamordowani mężczyźni byli pacjentami kliniki zajmującej się badaniami nad lekiem na AIDS, a co więcej, byli wyleczonymi pacjentami(!).
Wkrótce samobójstwo popełnia jeden z założycieli kliniki- Bruce Grey. Nie chcę wam zdradzać  całej fabuły, dlatego powiem tylko, że na tym fala śmierci się nie zakończy. 
Sprawa nabiera rozgłosu, gdy do kliniki trafia Michael Silverman- przyjaciel Harveya (drugiego, pozostającego przy życiu założyciela kliniki) gwiazda NBA. Czy dzięki leczeniu światowej sławy koszykarza uda się uratować badania, których przyszłość, ze względu na ciężką sytuację finansową, wisi na włosku?

               Pierwsze wydanie "Kliniki śmierci" pochodzi z 1991 roku i to widać. Te ćwierć wieku wiele zmieniło w mentalności ludzi i sposobie postrzegania świata, zwłaszcza w przypadku tak ważnych tematów jak homofobia i AIDS. Sam autor zauważył we wstępie, że pewne fragmenty czy postawy prezentowane przez bohaterów mogą wydawać się dziś przestarzałe i faktycznie, tak jest.  Coben porusza bardzo istotne tematy, za co chylę czoła, bo ani AIDS, ani problem homofobii nie należą do tematów ani łatwych, ani przyjemnych. Autor pokazuje czytelnikom, jak ludzie pojmowali homoseksualistów w latach 90-tych i co myśleli o chorobie AIDS. Oczywiście, jest to fikcja literacka, jednak wydaje mi się, że mentalność ludzi jest dość dobrze odzwierciedlona. 
               Społeczeństwo odgrywa ważną rolę w "Klinice śmierci". Głos ludu zawsze wywierał wpływ na "elity" i tak jest również w tym przypadku, jednak przerażający jest sposób myślenia tych ludzi, dla których AIDS i homoseksualizm są ze sobą ściśle powiązane. Według nich, jeśli ktoś ma AIDS to dlatego, że jest homoseksualistą, ewentualnie narkomanem. Motyw ten przewija się przez całą książkę, dlatego tak bardzo rzuca się w oczy.
              Coben pokazuje jak wielką skalę ma problem homofobii. Nawet dziś, w 2015 roku ciągle zmagamy się z nietolerancją wobec mniejszości seksualnych, jednak to nic w porównaniu z tym, jak wyglądało to w latach 80-tych czy 90-tych. 

               Niestety, wydaje mi się, że mimo różnic wynikających z upływu czasu, "Klinika śmierci" ma charakter ponadczasowy, tak naprawdę choć staramy się uświadamiać społeczeństwo i chcemy być uważani za ludzi oświeconych, to postrzeganie świata przez wielu ludzi nie uległo zmianie, a o najważniejszych sprawach takich jak zdrowie i życie ludzie decydują układy. 
      
                 Szczerze mówiąc sama nie wiem jak ocenić tę książkę. Jest... w porządku, jest w stylu Cobena. Tak po prostu. Nie jest zła, a zakończenie naprawdę mi się spodobało, jednak trochę zabrakło mi zwrotów akcji i tego dreszczyku emocji, który powinno się czuć przy czytaniu thrillerów. Mimo to czytało się naprawdę dobrze. Polecam ją szczególnie miłośnikom stylu Cobena, gdyż ten jest tu ewidentnie widoczny. 


A wy czytaliście "Klinikę śmierci"? A może możecie polecić mi jakiś inny thriller medyczny?  
Klinika śmierci [Harlan Coben]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 11 sierpnia 2015

"Pięćdziesiąt twarzy Greya"-E.L. James

"Jest bardzo cienka granica między przyjemnością, a bólem. To dwie strony tej samej monety, jedna nie istnieje bez drugiej."
Tytuł: Pięćdziesiąt twarzy Greya
Autor: E. L. James
Wydawnictwo: Sonia Draga
Tłumaczenie: Monika Wiśniewska
Data wydania: 5.09.2012r.
ISBN: 9788375085563
Ilość stron: 608

        W końcu nadszedł ten dzień, gdy zdecydowałam się sięgnąć po "Pięćdziesiąt twarzy Greya". Szczerze mówiąc, nie wierzyłam, że kiedykolwiek przeczytam tę książkę, nawet kiedy ją wypożyczyłam, nie wiedziałam do końca, czego powinnam się spodziewać. 

       Z odwrotu książki bije napis:
"KOBIETY NA JEJ PUNKCIE SZALEJĄ,
MĘŻCZYŹNI WIELE ZAWDZIĘCZAJĄ,
BIBLIOTEKI APELUJĄ, BY WYCOFAĆ JĄ Z OBIEGU,
 A POWIEŚĆ SPRZEDAJE SIĘ W TEMPIE EGZEMPLARZA NA MINUTĘ."  

             Ale kicz- pomyślałam na widok tej nieco zbyt podniosłej reklamy.  

        Cóż, jeśli chodzi o fabułę, to jest ona dość prosta i myślę, że większości z was chociaż pobieżnie znana: Anastasia Steel- 21-letnia studentka literatury, na prośbę swojej przyjaciółki, przeprowadza wywiad z 27-letnim przedsiębiorcom i ofiarodawcom uczelni Anastasii- Christianem Greyem. Dziewczyna jest zafascynowana mężczyzną, a kiedy zjawiając się w jej pracy, proponuje kolejne spotkanie, ta jest przeszczęśliwa, jednak szybko okazuje się, że zniewalająco przystojny miliarder ma swoje mroczniejsze oblicze: Jest pochłonięty pragnieniem kontrolowania wszystkiego i wszystkich, a ich znajomość chce kontynuować na własnych, dość zaskakujących dla dziewczyny warunkach i powoli, krok po kroku wprowadza ją w swój świat, w świat BDSM, a dziewczyna musi podjąć decyzję, czy chce tak żyć.

       Autorka "Pięćdziesięciu twarzy Greya" nigdy nie kryła swojej inspiracji "Zmierzchem"- Stephenie Meyer i od pierwszych stron widać tę fascynację. Główni bohaterowie są niemal dokładnym odzwierciedleniem Belli i Edwarda.
Anastasia- młoda dziewczyna, uwielbiająca klasyczną literaturę angielską, jest kompletnie niezdarna i sama jeszcze nie odkryła swojej kobiecości- istna Bella Swan. 
Jeśli zaś chodzi o Christiana, jest niezwykle tajemniczym, majętnym i przystojnym mężczyzną, wzbudzającym zachwyt płci przeciwnej, a przy tym wbrew pozorom niesamowitym dżentelmenem-niczym Edward Cullen. Może z tym małym wyjątkiem, że Grey nie jest wampirem;)

        Pierwsza rzecz, jaka od pierwszych stron rzuca się w oczy to język. Autorka pisze bardzo prosto, chwilami aż za prosto, ponadto używa czasu teraźniejszego, co jest raczej rzadko spotykane (przynajmniej ja zazwyczaj spotykam się w powieściach z zastosowaniem czasu przeszłego).  

        Początek książki mnie rozbawił. Bohaterowie wydawali mi się tak oderwani od rzeczywistości, że aż zabawni, dopiero później zdałam sobie sprawę, że oni zachowują się tak przez całą książkę, jednak przez większą część całkiem nieźle się bawiłam, choć chyba niekoniecznie tak, jak życzyłabym sobie tego autorka, gdyż dla mnie była to raczej przygoda czytelnicza pod hasłem: "Tak głupie, że aż śmieszne". 
      Anastasia zachowuje się jak nastolatka, którą kieruje burza hormonów, więc gdy uświadomiłam sobie, że ona jest w moim wieku pomyślałam tylko "O matko!"
Kilka razy naprawdę miałam ochotę potrząsnąć tą dziewczyną, bo w gruncie rzeczy, ona nie jest głupia: wrażliwa, inteligentna, błyskotliwa i bardzo uczuciowa jednak sprawia wrażenie wyjątkowo zagubionej. Skomplikowana relacja, w którą się wplątała, jest ponad jej siły, a apodyktyczny charakter Christiana tylko pogłębia jej niepewność. 
      
        Przez pierwsze 100 stron nie mogłam pozbyć się wrażenia, że jest to taka bajeczka dla 13-latek o wzajemnym przyciąganiu i motylach w brzuchu, jednak później przeraził mnie fakt, że po tę książkę bardzo chętnie sięgają gimnazjaliści (czy raczej gimnazjalistki).
Sama chwilami siedziałam z szeroko otwartymi ustami i nie mogłam wyjść z szoku. I nie mam na myśli opisów zbliżeń bohaterów, a raczej  całą relację między nimi. 

       Najbardziej zirytował mnie fragment, kiedy autorka zwala winę za naiwność Anastasii na książki! Tak, tak, dobrze widzicie. Bo gdyby Anastasia nie czytała tylu romantycznych historii, to nie miałaby tak wypaczonego wyobrażenia na temat miłości i zainteresowałaby się zwyczajnym mężczyzną, a nie dziwacznym Christianem Greyem. Powiem wam, że gdy o tym czytałam, pierwszy raz w życiu miałam ochotę wyrzucić książkę przez okno:)

        Ale jest też pozytywny aspekt tej książki, a jest nim zakończenie. Czytając "Pięćdziesiąt twarzy Greya" nie miałam zamiaru sięgać po kolejną część, ale zakończenie naprawdę mnie zaskoczyło (i to pozytywnie!) i sprawiło, że chcę przekonać się jak autorka zamierza to dalej rozegrać. 

        Kiedy na swojej stronie na Facebook'u poprosiłam o opinie na temat tej pozycji, jedna z dziewczyn napisała, że z "Pięćdziesięcioma twarzami Greya" jest jak z Disco Polo, że niby nikt nie lubi a każdy zna. I chyba właśnie tak jest. 
     
        Ciągle nie mogę zrozumieć fenomenu tej książki, dlaczego tak chętnie sięgają po nią kobiety na całym świecie? Od nastolatki do 50-cio latki? Miałam nadzieję, że przeczytanie jej pozwoli mi to zrozumieć, niestety tak się nie stało. 
Cóż... coś w tej książce jest, choć nie mam pojęcia co, ale jeśli te miliony kobiet mają przeczytać "Pięćdziesiąt twarzy Greya", albo nie przeczytać nic, to zdecydowanie wolę by sięgnęły po Greya.
Swoją drogą  to zadziwiające, że E. L. James udało się zdziałać to, co nie udało się tysiącom kampanii społecznościowych- nakłoniła do czytania osoby, które praktycznie nie czytają w ogóle. I za to należą jej się wielkie brawa. 

Jednak nie polecam tej książki osobom pruderyjnym:)

A wy czytaliście już słynne "Pięćdziesiąt twarzy Greya"? Jakie macie odczucia na ten temat?


  

 

Pięćdziesiąt twarzy Greya [E L James]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

piątek, 7 sierpnia 2015

"Merde! Rok w Paryżu"- Stephen Clarke

Miewacie kaca książkowego? Mnie najwyraźniej spotkało to po przeczytaniu ostatniej recenzowanej książki "Najlepsze jest najbliżej" Małgorzaty Kursy. Sięgałam po kilka książek pod rząd i każda nudziła mnie bo kilkudziesięciu stronach, żadnej nie byłam w stanie przeczytać do końca. Aż trafiłam na książkę Stephena Clarke'a "Merde! Rok w Paryżu" i nareszcie nastąpił przełom: nie tylko dotrwałam do końca, ale też całkiem dobrze bawiłam się podczas lektury;)


"Normalnie można by uznać, że skoro jedyną motywacją zmiany miejsca pracy jest damska bielizna, mężczyzna zmierza ku życiowej katastrofie"

Tytuł: Merde! Rok w Paryżu
Autor: Stephen Clarke
Wydawnictwo: W.A.B.
Tłumaczenie:Agnieszka Barbara Ciepłowska
Data wydania: 2006r.
ISBN: 9788374142250




       Książka która zwróciła moją uwagę dwoma szczegółami:
1. Akcja toczy się w Paryżu, więc to już samo w sobie przekonało mnie do sięgnięcia po tę książkę.
2. Opinia, że jest to męska wersja "Dziennika Bridget Jones"

        O ile ciężko podważyć umiejscowienie akcji, to porównanie do "Dziennika..." nie przekonuje mnie do tej pory, co prawda bohater ma problemy ze znalezieniem i utrzymaniem przy sobie kobiety, ale to chyba jedyny punkt wspólny;)

       Cała historia zwarta w książce, jest dość prosta ale przyjemna w odbiorze: Paul West- "typowy" Brytyjczyk, otrzymuje roczny kontrakt w Paryżu, gdzie ma stworzyć sieć angielskich herbaciarni. 
Już na początku Paul zauważa, że nie będzie lekko, gdyż jego współpracownicy nie palą się do pracy. West szybko orientuje się, że wpadł w tytułowe "Merde!". Niekompetentny zespół, obłudny szef, nieobliczalne kobiety  i dziwaczna francuska kuchnia, a z każdej strony otacza go Merde. Dorzućmy do tego jeszcze problemy komunikacyjne wynikające z nieznajomości języka i mamy gotową katastrofę. Ale czy na pewno? West jest tym typem człowieka, który z łatwością godną wprawionego dachowca, zawsze spada na cztery łapy.
Jeśli nie da się zmienić mentalności Francuzów, trzeba spróbować ją zrozumieć, a tę sztukę Paul opanował do perfekcji.

      Jedno o tej książce można powiedzieć z całą stanowczością: jest specyficzna i to bardzo. Oscyluje głównie wokół relacji Brytyjczyków z Francuzami, a te jak powszechnie wiadomo są dość napięte.
Głównym motywem jest tak naprawdę obserwacja życia codziennego Francuzów: ich nawyków, zwyczajów, zachowań, podejścia do świata i oczywiście do Brytyjczyków.
     
      Ciekawe jest tło wydarzeń, bowiem przeprowadzka Paula do Paryża przypada na okres poprzedzający "Stabilizację Iraku" czyli powszechnie znaną Wojnę w Iraku, w związku z czym autor przedstawia również poglądy społeczeństwa francuskiego na temat wojny.

     Książka jest idealna dla wszystkich miłośników Francji i samego Paryża. W ciekawy sposób przedstawia miasto i ludzi. To doskonały przewodnik po współczesnej Francji i jej mieszkańcach- ich nawykach, stereotypach i sposobie bycia, a wszystko to przedstawione przez Brytyjczyka z ogromnym poczuciem humoru. Bo ta pozycja jest przesycona brytyjskim humorem! Czytałam tę książkę przez większość czasu z uśmiechem na ustach, a miłosne podboje Westa i próba zrozumienia Francuzek sprawiały, że płakałam ze śmiechu.

    "Merde! Rok w Paryżu" to pierwsza część serii "Merde!" Na tę chwilę jest już 5 części i nie wiem jak wy, ale ja muszę po nie sięgnąć!
Tak naprawdę ta książka ma bardzo szeroką rzeszę odbiorców, jest idealna zarówno dla tych, którzy w książkach szukają głębszych treści, jak i tych którzy chcą się po prostu rozerwać i oczywiście dla każdego, kto chciałby choć trochę poznać Francję;)

A wy? Czytaliście, którąś część z serii "Merde!" czy ta niewątpliwa przyjemność dopiero przed wami? ;)

Merde! Rok w Paryżu [Stephen Clarke]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE