"Kot psuje się od ogona"- Katarzyna Zawojska

"Kot psuje się od ogona"- Katarzyna Zawojska

   

    Zdrada narzeczonego, podejrzenie popełnienia morderstwa i próba zapanowania nad niesfornym kotem... Ile może znieść jednocześnie kobieta? Okazuje się, że całkiem sporo, a kiedy towarzyszy jej równie zwariowana przyjaciółka, można spodziewać się absolutnie wszystkiego, czego najlepszym przykładem jest Danka- bohaterka najnowszej powieści Katarzyny Zawojskiej pt. "Kot psuje się od ogona".

     Życie Danuty Kolskiej zmienia się diametralnie, kiedy na rajskiej plaży przyłapuje swojego narzeczonego z kochanką. Kiedy zrozpaczona kobieta zaszywa się w mieszkaniu, niespodziewanie zjawia się u niej biały kot, który szybko zadomawia się u niej. Jednocześnie zaczynają dziać się dziwne rzeczy: Pod drzwiami swojego mieszkania Danku znajduje zdjęcia "dup" kobiet, które zostały zamordowane w tajemniczych okolicznościach. Jaki związek ofiary miały z Danką i jej przyjaciółką- Baśką? Tego musicie przekonać się sami;)

     "Kot psuje się od ogona" to powieść osadzona w konwencji komedii kryminalnej, która rządzi się swoimi prawami. Z góry muszę zaznaczyć, że nie jest to książka przepełniona zabawnymi tekstami, przy których będziecie płakać ze śmiechu, jeśli szukacie tego typu lektury- rozczarujecie się. Katarzyna Zawojska zdecydowała się raczej na zastosowanie komizmu sytuacyjnego, którego znajdziecie tu całkiem sporo. Duży plus dla autorki za bardzo ciekawy, oryginalny wątek kryminalny. Lubię kryminały i czytam ich całkiem sporo, więc ciężko mnie w tym gatunku zaskoczyć, jednak tak ciekawie wymyślonego wątku nie spotkałam już dawno.

     Kolejnym, bardzo pozytywnym aspektem jest kreacja bohaterów. W całej powieści jest zaledwie kilka postaci, z to bardzo charakterystycznych. Każdy z nich jest charyzmatyczny i ma znaczący wkład w rozwój fabuły. Nie ma tutaj miałkich, nudnych postaci, które nie wnoszą nic sensownego do całości.

     Powieść nie jest specjalnie obszerna, liczy niespełna trzysta stron, jednak mimo tak skromniej objętości, autorka wyczerpała temat w pełni. Po zakończeniu lektury uzyskujemy odpowiedzi na wszystkie nurtujące nas pytania. Autorka nie zostawia miejsca na niedopowiedzenia, dzięki czemu w pełni zaspokaja ciekawość nawet najbardziej dociekliwych czytelników.

     "Kot psuje się od ogona" to bardzo lekka, przyjemna powieść z ciekawie prowadzonym wątkiem kryminalnym. Jednak to coś więcej niż tylko kryminał, to również historia o sile prawdziwej przyjaźni, która w ciężkich chwilach potrafi zdziałać cuda. Nie jest to książka, która magicznie odmieni Wasze życie, ale z pewnością pozwoli rozerwać się po ciężkim dniu i oderwać od codzienności.
Jesienne premiery, których nie mogę się doczekać!

Jesienne premiery, których nie mogę się doczekać!

Moi drodzy, dawno nie było żadnych nowości, bo i mało jest chwilowo książek, które budzą moje zainteresowanie. Miesiące wakacyjne nie sprzyjają rynkowi wydawniczemu i sporadycznie można trafić obecnie na naprawdę ciekawe premiery. Jednak lato zbliża się już ku końcowi i powoli pojawiają się zapowiedzi jesiennych nowości, a te wyglądają naprawdę obiecująco, dlatego dziś przygotowałam dla Was zestawienie premier, których nie mogę się doczekać!


1. "Wczorajsza róża. Tom II"- Daria Rajda. 

Daria Rajda powraca z drugim tomem swojej debiutanckiej powieści. Losy Magdy i Krzyśka  oczarowały mnie i uważam, że "Wczorajsza róża" była jednym z najlepszych polskich debiutów 2018 roku, dlatego nie mogę doczekać się kontynuacji i jestem bardzo ciekawa, czym tym razem zaskoczy nas autorka. 

"Krzysiek i Magda nigdy nie sądzili, że jeszcze się spotkają... Wszystko zmienia się pewnego deszczowego dnia, gdy Magda niemalże wpada pod maskę samochodu Krzysztofa. Jest przemoknięta i wystraszona, a jej irracjonalne zachowanie wskazuje na to, że wplątała się w poważne tarapaty. Co ukrywa? Przed kim ucieka? I czy tajemnica, której tak zawzięcie strzeże, może na nowo rozbudzić tlące się w nich namiętności? Jedno jest pewne – ich spotkanie to dopiero początek serii nieoczekiwanych zdarzeń..."

Premiera: 07.10.2019 r.

Recenzja "Wczorajszej róży": http://ksiazkoholiczka94.blogspot.com/2018/11/wczorajsza-roza-daria-rajda.html
 
2. "Rytuały wody"-






Polski thriller osadzony w nadmorskiej scenerii- czyli znak rozpoznawczy "polskiego Dana Browna"- Leszka Hermana, który wraca z nową, czwartą już książką i mam nadzieję, że dalej utrzyma swój, naprawdę wysoki poziom, bo takich autorów jest w Polsce naprawdę niewielu...

"Jeden prom, kilku bohaterów i wzburzone morze. Napięcie, sensacja i trudna do rozwikłania zagadka.
Ta noc na promie miała być po prostu miła i atrakcyjna. Stała się jednak prawdziwie przerażająca – z powodu tego, co wydarzyło się tydzień wcześniej w Szczecinie, a także kilka lat wcześniej w Rotterdamie…"

Premiera: 02.10.2019 r. 



4. "Czterdzieści plus"- Katarzyna Kostołowska

Cztery zwariowane przyjaciółki powracają w kolejnej książce Katarzyny Kostołowskiej! 
Pierwsza część- "Czterdzieści minus" była bardzo lekką, pozytywną opowieścią o przyjaźni i walce z przeciwnościami losu, którą czytało się rewelacyjnie, dlatego "Czterdzieści plus" zapowiada się na idealną lekturę na długie, przygnębiające jesienne wieczory.

"Czterem przyjaciółkom znanym z „Czterdzieści minus” przybyło kilka lat, dwoje dzieci i jeden pies. Czy to pora na nudną stabilizację? W żadnym razie! Prawdziwe życie dopiero się zaczyna, a Magda, Anita, Karolina i Aśka są przecież specjalistkami od kłopotów. W „Czterdzieści plus” zamiast nudy czeka nas ucieczka do Londynu, pojednanie z trudną przeszłością, nieoczekiwana przeprowadzka i nadzieja na prawdziwą miłość. Poleje się dużo wina i jeszcze więcej łez, ale będzie można się także szczerze pośmiać."

Premiera: 18.09.2019 r.
Recenzja "Czterdzieści minus":  https://ksiazkoholiczka94.blogspot.com/2019/05/czterdziesci-minus-katarzyna-kostoowska.html

"Pogięte bajki"- Marcin Pełka

"Pogięte bajki"- Marcin Pełka

     



 Kto z nas nie pamięta bajek z dzieciństwa? Bez względu na wiek każdy ma w głowie ulubione bajki kojarzące się z dziecięcą beztroską. A gdyby tak postacie z bajek wróciły w wersji dla dorosłych? Na taki pomysł wpadł Marcin Pełka tworząc "Pogięte bajki"- Uwaga! Tylko dla dorosłych!

     Odkąd zobaczyłam w zapowiedziach książkę Marcina Pełka bardzo chciałam ją przeczytać. Uważam, że pomysł jest naprawdę rewelacyjny, a że uwielbiam historie z wątkami humorystycznymi byłam przekonana, że jest to lektura idealna dla mnie. Niestety, trochę się przeliczyłam...

     Sama książka jest dość niepozorna: liczy sobie nieco ponad dwieście stron i zawiera dwadzieścia dwie historyjki, których bohaterami są mniej lub bardziej znane postacie z bajek. Od razu muszę Was uprzedzić, że nie jest to odwzorowanie bajek w nowej aranżacji (a szkoda), a jedynie umiejscowienie popularnych bohaterów w nowych historiach. Niestety szybko okazało się, że nie jest to dokładnie to, na co liczyłam...

     Bez względu na formę, jaką wybrał autor, liczyłam na sporą dawkę rozrywki, niestety Marcin Pełka kompletnie nie trafił w moje poczucie humoru. Jest kilka bajek, które były całkiem interesujące i przypadły mi do gustu-mimo że nie były specjalnie zabawne, ale były ciekawe, jednak znaczna większość jest po prostu wulgarna. Osobiście mam bardziej subtelne, "kobiece" poczucie humoru, lubię inteligentne żarty i humor sytuacyjny. Niestety autor operuje zupełnie innym, typowo "męskim" żartem, który mnie osobiście kompletnie nie bawi, gdyż uważam, że wrzucenie w usta bajkowej postaci kilku wulgaryzmów wcale nie sprawi, że historia staje się zabawniejsza, a jedynie wulgarna. 
Ponadto mam wrażenie, że autor nie miał pomysłu na tak dużą ilość historii i sporo z nich bazuje na podtekście seksualnym, co po kilku bajkach robi się zwyczajnie nużące. 

     Wydaje mi się, że całość wypadłaby znacznie lepiej, gdyby autor skupił się na kilku dłuższych historiach, tak by były one bardziej przemyślane i dopracowane, bo w obecnym kształcie książka sprawia wrażenie nieco "wymęczonej". 

     "Pogięte bajki" to bardzo oryginalna,  nieoczywista pozycja, która musi trafić na "swojego" czytelnika. Książka z pewnością nie jest dla wszystkich, jeśli jednak lubicie nieco "ostrzejsze" poczucie humoru, to lektura powinna przypaść Wam do gustu. Mnie niestety rozczarowała, więc odpuszczę sobie drugą część bajek, ale może akurat Wam się spodoba;)

 
"Cena nieśmiertelności. Bursztynowa zagadka"- Darek W. Tokarski

"Cena nieśmiertelności. Bursztynowa zagadka"- Darek W. Tokarski



     Henryk Sandomierski- kapitan, pracujący na co dzień w siedzibie NATO otrzymuje niepokojący telefon od swojej babci- Antoniny, niedługo po tym zostaje powiadomiony o śmierci kobiety. Jakby tego było mało, również jego życie zawodowe zaczyna się walić- Henryk zostaje zawieszony w obowiązkach i wezwany do prokuratury wojskowej na przesłuchanie. Mężczyzna przyjeżdża do Polski dopełnić wszelkich formalności i rozwikłać sprawę zagadkowej śmierci swojej babci, jednak nie przypuszcza nawet, że od tej chwili jego życie zmieni się o 180 stopni...

     Bursztynowa komnata, śmierć generała Sikorskiego, św. Kinga, Karolina Piastówna, Templariusze, Masoneria- teoretycznie nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego poza tym, że każdy z nas coś o nich słyszał i... wszystko to znajdziecie w książce Darka W. Tokarskiego! To i wiele, więcej!  

      "Cena nieśmiertelności..." to debiutancka powieść Darka W. Tokarskiego i każdemu życzę takiego debiutu. Autor stworzył niesamowitą historię, w której wydarzenia i postacie historyczne wplatają się w fikcję literacką tworząc mieszkankę wybuchową!

     Autor nie ułatwił sobie pracy, tworząc naprawdę obszerne tomiszcze liczące sobie prawie 700 stron! Osobiście lubię tak rozbudowane historię, jednak mam świadomość, że ciężko zachęcić czytelnika do sięgnięcia po tak imponujących rozmiarów powieść i to autora, z którego twórczością nie mieli wcześniej styczności, dlatego był to poniekąd skok na głęboką wodę, całe szczęście okazało się, że Darek W. Tokarski radzi sobie w tej wodzie całkiem nieźle. Jedynym elementem, do którego mam zastrzeżenia jest prolog. Był nieco nużący i zbyt drobiazgowy. Uważam, że pięćdziesiąt stron wstępu to zdecydowanie za wiele. Jest on co prawda zbudowany w specyficzny sposób, jednak według mnie skrócenie go do dwudziestu-trzydziestu stron, dobrze by mu zrobiło, a tak siedziałam nad książką i miałam w głowie jedną myśl: "Do sedna!".
     Na szczęście, kiedy już przebrniecie przez prolog, akcja nabiera rozpędu już od pierwszego rozdziału i utrzymuje naprawdę wysokie tempo aż do ostatniej strony. 
 
     Autor wykorzystał powszechnie znanie legendy i teorie spiskowe bo stworzyć wielowątkową historię osadzoną konwencji powieści sensacyjnej. Każdy kolejny rozdział to nowa teoria, nowe tropy, wątki i bohaterowie i aż do samego końca nie wiadomo, kto tak naprawdę jest tym dobrym, a  kto złym...

     "Cena nieśmiertelności..." to powieść, obok której nie sposób przejść obojętnie: charyzmatyczni bohaterowie, wartka akcja i zwiła intryga w połączeniu z lekkim piórem autora sprawiają, że kolejne rozdziały pochłania się w ekspresowym tempie i chce się jedynie więcej i więcej. Do tej pory zawsze podkreślałam, że dla mnie polskim mistrzem gatunku jest Leszek Herman, ale szczerze, muszę się poważnie zastanowić czy przypadkiem Darek W. Tokarski nie zepchnął go z piedestału. Osobiście mam nadzieję, że autor będzie kontynuował swoją przygodę z literaturą i doczekamy się dalszych przychód Henryka i jego bliskich, a Was gorąco zachęcam byście udali się do najbliższej księgarni, po własny egzemplarz "Ceny nieśmiertelności..." bo naprawdę warto!

      
"Naszyjnik z turmalinem"- Katarzyna Antonina Ostrowska

"Naszyjnik z turmalinem"- Katarzyna Antonina Ostrowska

"To, co nazywasz przypadkiem, może się okazać przeznaczeniem..."



      Florentyna Sulimirska zostaje wysłana do Łysej Góry, gdzie ma pomóc w organizacji lokalnego festiwalu sztuki regionalnej. Szybko okazuje się, że pozornie spokojnie miasteczko kryje w sobie tajemnice z przeszłości, które ciągle czekają na rozwikłanie. Florentyna w towarzystwie kilku miejscowych bierze na siebie ciężar wyjaśnienia najmroczniejszych tajemnic Łysej Góry. Kobieta nie spodziewa się nawet, że niepozorny wyjazd służbowy wywróci jej życie do góry nogami...

     "Naszyjnik z turmalinem" to moje pierwsze spotkanie z twórczością Katarzyny Ostrowskiej  i mam nadzieję, że nie ostatnie, bo byłaby to olbrzymia strata! Autorka ma bardzo lekkie pióro, z dużą łatwością operuje słowem. Katarzyna Ostrowska postawiła na bardzo prostą budowę powieści: jeden główny wątek, jedna główna bohaterka i kilka drugoplanowych postaci. Bardzo konkretnie, bez rozdrabniania się na kilka wątków, bez chmary zbędnych postaci i wymyślnych ozdobników językowych i mam wrażenie, że właśnie to jest kluczem do sukcesu tej książki. 

     Powieści liczy sobie zaledwie 230 stron, ale mam wrażenie, że w tej niewielkiej objętości zmieściło się wszystko to, co najważniejsze. Akcja bardzo szybko nabiera rozpędu i wciąga czytelnika już od pierwszych stron. Mimo że zaczyna się dość niepozornie: od wyjazdu służbowego do niewielkiej mieściny, to z każdą kolejną stroną pojawiają się nowe, zaskakujące elementy historii: stary pałac, pamiątkowy naszyjnik, spiski w miejscowym urzędzie, koło gospodyń wiejskich, duchy, a nawet templariusze!- Zapewniam Was, autorka zadbała o to, by podczas lektury czytelnik nie miał ani chwili na nudę! 

     "Naszyjnik z turmalinem" to bardzo lekka, wciągająca powieść, która urzeka swoją prostotą i oryginalnym pomysłem na fabułę. Autorka wciąga czytelnika w wir intryg i zawiłych tajemnic już od pierwszych stron i robi wszystko, by utrzymać jego zainteresowanie aż do samego końca.  Barwni bohaterowie, intrygująca akcja i lekki przyjemny styl sprawiają, że chce się więcej i więcej! Ale na końcu książki widnieje informacja "Koniec tomu pierwszego", więc po cichu liczę, że niebawem doczekamy się kontynuacji losów Florentyny i zwariowanej gromadki z Łysej Góry. Zdecydowanie polecam wszystkim tym, którzy szukają lekkiej, relaksującej lektury do urlopowej walizki.


 
"Zapach konwalii"- Danuta Korolewicz

"Zapach konwalii"- Danuta Korolewicz



      Maturzystka, dorosły mężczyzna, troskliwy brat, zazdrosna była i zwariowana artystka- taki wachlarz charakterów zaserwowała swoim czytelnikom Danuta Korolewicz w drugim tomie "Błękitnego lata" pt. "Zapach konwalii", zapowiadało się niezwykle interesująco, a jak było? Niestety rozczarowująco...

   "Zapach konwalii" jest moim drugim, po rewelacyjnym "Lecie z ciotką spirytystką" (>recenzja<), spotkaniem z twórczością Danuty Korolewicz i z pewnością nie ostatnim, choć tym razem niestety książka bardzo mnie zawiodła. Nie czytałam pierwszej części serii, więc nie mogę ich porównać, jednak nieznajomość "Błękitnego lata" absolutnie nie przeszkadzała mi w odbiorze "Zapachu konwalii", gdyż autorka tłumaczy dość dokładnie wszystkie wątki, jednak największym problemem książki jest... sama fabuła. 

     Ania- licealistka przygotowująca się właśnie do matury tworzy szczęśliwy związek z młodym mężczyzną po studiach- Mariuszem. Niestety ich sielankę zakłóca Matylda- była dziewczyna Mariusza, która zrobi wszystko, by rozdzielić parę. Sytuacji nie ułatwia również brat Ani-Grzegorz, który martwiąc się o wyniki egzaminów siostry, coraz mniej przychylnie patrzy na jej związek...

     Pamiętacie blogi z opowiadaniami, które kilka, może kilkanaście lat temu były niesamowicie popularne? Sama jako nastolatka je uwielbiałam (nawet pisałam własnego), jednak nie oszukujmy się, nie były to raczej zbyt ambitne historie i niestety akcja opisana w książce kojarzy mi się dokładnie z takimi blogami. Przez większą część lektury miałam przykre wrażenie, że ta książka jest o niczym i niestety po jej zakończeniu nadal tak uważam. 

     Dodatkowo miałam olbrzymi problem z bohaterami, których po prostu nie lubiłam. Anka jest rozchwiana emocjonalnie i dość infantylna, a Mariusz daje się podejść jak dziecko i zachowuje się po prostu beznadziejnie...

     Mam wrażenie, że jedynym naprawdę wartościowym elementem powieści jest drugoplanowy wątek Ary- malarki, artystki, która mimo olbrzymiego talentu i osiągniętego sukcesu nie potrafi poradzić sobie sama ze sobą i z własnymi emocjami...
Aspektem, który zdecydowanie się tutaj broni jest również styl autorki- prosty i lekki, dzięki czemu książkę czyta się naprawdę szybko. 

     "Zapach konwalii" to książka, która niestety jest dla mnie jedynym z największych czytelniczych rozczarowań tego roku: irytujący bohaterowie, i miałka akcja to ostatnie, na co miałabym ochotę. Całe szczęście styl autorki pozostał niezmiennie bardzo dobry, dzięki czemu znacznie łatwiej jest przebrnąć przez całość. Jednak mimo tego nadal cenę sobie Danutę Korolewicz i wierzę, że był to tylko wypadek przy pracy, dlatego też chętnie dam jej kolejną szansę;)
"Owoc granatu: Świat w płomieniach"- Maria Paszyńska

"Owoc granatu: Świat w płomieniach"- Maria Paszyńska

"Kiedy raz zacznie się kłamać, potem nie można już skończyć. Udawanie prawdy o samym sobie staje się odruchem, wchodzenie w kolejne i kolejne role dokonuje się instynktownie, bezmyślnie, aż pewnego dnia orientujesz się, że nie masz pojęcia, kim jest człowiek, którego twarz widzisz w lustrze i nazywasz sobą."


     "Owoc granatu" seria, która szturmem podbiła serca polskich czytelników i zrobiła niemałe zamieszanie na rynku wydawniczym. Powiedziano o niej już naprawdę wiele, a niebawem premierę ma ostatni tom cyklu- "Powroty", tymczasem przychodzę do Was z recenzją "Świata w płomieniach", a więc trzeciej części tego, jakże poczytnego cyklu. 

     Iran, rok 1963.  Elżbieta i Stefania- skłócone od lat bliźniaczki wiodą spokojne i pozornie szczęśliwe życie w nowym świecie, jednak rzeczywistość wcale nie jest tak kolorowa: Stefania żyje z mężczyzną, z którym nie łączy jej absolutnie nic, brakuje jej chęci życia i motywacji do działania, natomiast Elżbieta złamana doświadczeniami wojny nie potrafi wymazać z pamięci krzywd, jakich doznała na Syberii. Dodatkowo w Iranie sytuacja polityczna robi się coraz bardziej napięta, po cichu mówi się, o możliwości wybuchu rewolucji.

     Mimo że "Świat w płomieniach" jest trzecią po "Dziewczętach wygnanych" i "Krainie snów" częścią serii "Owoc granatu" to dla mnie było to pierwsze spotkanie zarówno z samym cyklem, jak i w ogóle z twórczością Marii Paszyńskiej i szczerze powiedziawszy nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Powieści, których akcja osadzona jest w krajach muzułmańskich, choć coraz popularniejsze, nigdy nie były moją mocną stroną dlatego też dość długo zwlekałam z lekturą "Owocu granatu...", jednak w końcu postanowiłam dać jej szansę i zdecydowanie nie żałuję.

      Akcja powieści toczy się dwutorowo: z jednej strony poznajemy losy Elżbiety i rodziny Teherich z drugiej zaś śledzimy poczynania Stefanii i jej męża- Jędrzeja Walickiego, całość wzbogacona jest wątkami społeczno-politycznymi, które stanowią nie tylko tło dla powieści, ale są jej bardzo ważnym aspektem. 

      Język, jakim posługuje się Maria Paszyńska jest bardzo lekki, zrozumiały, ale nie nazbyt prosty dzięki czemu książkę czyta się błyskawicznie. Dodatkowo autorka wypracowała idealny balans między wszystkim wątkami powieści, dzięki czemu żaden z nich nie jest przesadnie wyeksponowany i górujący nad pozostałymi. 

     Bardzo interesującym  i ważnym elementem powieści jest sytuacja polityczna w Iranie w XX wieku. Autorka pokazuje jak okropnie zły kierunek obrali Irańczycy w zmianie swojego kraju: z kraju dość wolnego i otwartego stworzyli zamkniętą społeczność opartą na muzułmańskich radykałach. Maria Paszyńska, jako absolwentka iranistyki Wydziału Orientalistycznego Uniwersytetu Warszawskiego, ma olbrzymią wiedzę na temat Iranu i dzieli się z nią z czytelnikami w bardzo ciekawy sposób, zachęcając do poznania tamtejszej kultury jednocześnie nie narzucając się z nią przesadnie. 

     "Owoc granatu: Świat w płomieniach" to niesamowita, bardzo klimatyczna powieść wzbudzająca w czytelniku skrajne emocje: od szoku, przez śmiech i złość aż do wzruszenia. To piękna, poruszająca historia, osadzona w realiach XX-wiecznego Iranu, która wciąga czytelnika już od pierwszych stron i nie pozwala oderwać się od lektury, aż do samego końca. Zdecydowanie polecam Wam tę książkę, a sama biegnę nadrobić dwa poprzednie tomy! 


Tytuł: "Owoc granatu: Świat w płomieniach"
Autor: Maria Paszyńska
Wydawnictwo: Książnica
Data wydania: 24.04.2019r.
Ilość stron: 320
ISBN: 978-83-245-8358-4

 
"Gdzie jest Olga?"- Danka Braun

"Gdzie jest Olga?"- Danka Braun

"Gdyby ludzie zachowywali się jak zwierzęta, to świat byłby wtedy bardziej ludzki."




     Połowa czerwca już za nami, a wiecie, co to oznacza? Tak! Premiera najnowszej powieści Danki Braun- "Gdzie jest Olga" już za nami i właśnie jej recenzję dziś dla Was przygotowałam:)

     Moje uwielbienie książek Danki Braun, nie jest niczym nowym, więc jeśli śledzicie mojego bloga, to z pewnością wiecie, że zapałałam miłością do twórczości autorki już od pierwszej jej książki, która wpadła w moje ręce, a był to "Zabójczy urok blondynki" (>recenzja<) i od tego czasu uczucie to jedynie przybiera na sile z każdą kolejną powieścią i choć ciągle tęskno mi do sagi z niesamowitą rodziną Orłowskich, powoli przyzwyczajam się do nowej serii z nieco nieporadnym życiowo detektywem Mirkiem Filerem. 

     "Gdzie jest Olga" jest drugim po "Morderstwie przy drodze krajowej 94" (>recenzja<), tomem serii z prywatnym detektywem w roli głównej i podobnie jak poprzednim razem Mirek Filer musi rozwikłać sprawę, w którą zamieszane są osoby z jego bliskiego otoczenia...

     Kiedy w tajemniczych okolicznościach zostaje zamordowany Roman Głowacki- przyjaciel rodziny Fillerów, podejrzenie niemal natychmiast pada na żonę denata- Olgę, tym bardziej, że kobieta zniknęła i nie daje znaku życia. W związku z tym syn małżeństwa prosi Mirka, o pomoc w odnalezieniu jego matki. Szybko okazuje się, że sprawa jest dużo bardziej skomplikowana niż mogłoby się wydawać, a lista zadowolonych ze śmierci Głowackiego rośnie z każdym dniem. 
Jednak śledztwo nie jest jedyną rzeczą, jaka zaprząta głowę naszego detektywa, dużo trudniejszym dla niego wyzwaniem wydaje się być opieka nad rezolutną pięciolatką, która co rusz stawia przed swoim ojcem nowe wyzwania...

     Styl Danki Braun jest bardzo charakterystyczny, mam wrażenie, że nawet gdybym nie miała informacji, kto ową książkę napisał, to sam styl i budowa powieści od razu sugerowałyby Dankę Braun. Przede wszystkim nie jest to typowy kryminał, nazwałabym to raczej powieścią obyczajową z szeroko rozwiniętym wątkiem kryminalnym, bo tak naprawdę toczące się śledztwo jest dodatkiem, to codziennych zmagań z rzeczywistością głównego bohatera.  
Kolejnym charakterystycznym dla autorki elementem są rozdziały będące wspomnieniami danego bohatera: czy to w formie wpisów z pamiętnika, czy opowieści- występują w większości książek Danki Braun i "Gdzie jest Olga" nie stanowi tutaj wyjątku.       

      Na ogół wydaje mi się, że znam dość dobrze zarówno styl jak i same powieści Danki Braun, ale w najnowszej książce autorce udało się mnie zaskoczyć i to bardzo pozytywnie. Jeśli czytaliście recenzję "Morderstwa przy drodze krajowej 94" zapewne pamiętacie, że obstawałam przy opinii, że Mirka Filera nie da się lubić, że to trudny bohater, egoista, Piotruś Pan itp. i kiedy pojawiły się pierwsze informacje na temat "Gdzie jest Olga" autorka zapowiadała, że tym razem Filera da się polubić. Szczerze mówiąc liczyłam na to, ale szczególnie w to nie wierzyłam, bo byłam przekonana, że jest to postać o tak silnym charakterze, że nie da się go jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki odmienić tak, by pozostał przy tym autentyczny, ale zaczęłam czytać i... przeżyłam szok. Chyba nie doceniłam kreatywności Danki Braun, bo to, co zrobiła z postacią tego nieznośnego Piotrusia Pana to absolutne mistrzostwo świata. Mirek Filer zostawiony samemu sobie, a na dodatek z córką pod opieką, dojrzał i usamodzielnił się, co było dla niego dość bolesnym procesem, za to dla czytelnika- niezwykle komicznym i dzięki temu naprawdę go polubiłam!

     Kolejnym, charakterystycznym elementem książek Danki Braun jest jej poczucie humoru, które szczerze uwielbiam- bardzo kobiece i szalenie inteligentne. Płakałam ze śmiechu czytając o kolejnych zmaganiach Filera z meandrami jakże tajemnej sztuki kulinarnej lub odpowiedziami na błyskotliwe pytania małej Neli. 

     Ale "Gdzie jest Olga", to nie tylko Mirek Filer, to również cała gama drugoplanowych bohaterów, którzy są tak charakterystyczni, że ciężko o nich nie wspomnieć. Moje serce absolutnie skradła Nela- pięcioletnia córka Filera, której ciekawość świata i zmysł obserwacyjny wprawiłby w zakłopotanie niejednego dorosłego. Sympatię budzi też tytułowa Olga, choć jest kobietą nieco naiwną i zagubioną, to ma w sobie to "coś", co sprawia, że czytelnik dopinguje ją i trzyma za nią kciuki do samego końca. Ale pewnie nie byłabym sobą, gdybym się do kogoś nie przyczepiła i nie będę Wam pisać o typowo negatywnych bohaterach, bo nie miałoby to większego sensu, ale warto poświęcić chwilę Małgorzacie Filer czyli matce naszego detektywa. Jak tylko zaczęłam o niej czytać, to pierwszą moją myślą było "No to już wiemy, po kim Filer odziedziczył charakterek", bo pani Małgorzata to bardzo kontrowersyjna postać i w wielu miejscach miałam wrażenie, że zachowuje się dokładnie tak, jak jej syn w poprzedniej części: niesamowicie egoistyczna, zakochana w sobie i bardzo charakterna postać, do której mimo najszczerszych chęci, nie byłam w stanie zapałać jakąkolwiek sympatią.

     "Gdzie jest Olga" to książka, w której każdy znajdzie coś dla siebie: Intrygująca, wciągająca akcja, świetny styl i zabawne dialogi, a do tego cała masa interesujących bohaterów i skomplikowanych relacji międzyludzkich. Danka Braun po  raz kolejny zaserwowała swoim czytelnikom emocjonalny rollercoaster i kilka nieprzespanych nocy- czy można chcieć czegoś więcej? Chyba tylko tego, by podobne książki ukazywały się jak najczęściej!  


Tytuł: "Gdzie jest Olga"
Autor: Danka Braun
Wydawnictwo: Prozami
Data premiery: 11.06.2019r.
Ilość stron: 363
ISBN: 978-83-65897-69-5 





INNE KSIĄŻKI AUTORKI





 
"Nad Śnieżnymi Kotłami"- Krzysztof Koziołek

"Nad Śnieżnymi Kotłami"- Krzysztof Koziołek




     Lubicie czytać książki, których akcja toczy się w miejscach dobrze Wam znanych? Ja uwielbiam, bo dzięki temu mam rzeczywisty obraz opisanych miejsc i czuję się, jakbym podążała wraz z autorem szlakami, uliczkami, które sama przemierzałam dziesiątki, o ile nie setki razy. Dlatego też bardzo chętnie sięgnęłam po książkę Krzysztofa Koziołka, której akcja toczy się, w pobliskiej Szklarskiej Porębie, ale piękna sceneria, to nie jedyny aspekt, który zachęcił mnie do lektury "Nad Śnieżnymi Kotłami"...

     Rok 1939. Asystent kryminalny Anton Habicht zostaje wysłany do zbadania sprawy kradzieży w hotelu górskim Nad Śnieżnymi Kotłami, jednak szybko okazuje się, że drobna kradzież jest najmniejszym problemem, kiedy w grę wchodzi morderstwo, a w sprawę wydają się zamieszani najbardziej wpływowi mieszkańcy Schreiberhau, dodatkowo, kiedy śledztwo wydaje się bliskie zakończenia, pojawiają się kolejne trupy, co jeszcze bardziej komplikuje sytuację w miasteczku.

     Książka utrzymana jest w konwencji kryminału retro, akcja toczy się w sierpniu 1939 roku, a więc tuż przed wybuchem II wojny światowej, kiedy to Karkonosze są częścią Niemiec, a wszyscy mieszkańcy tych terenów żyją zbliżającą się wojną z Polską. 

     Rzadko sięgam po kryminały retro, ponieważ często te stylizacje językowe są bardzo sztuczne i nachalne, jednak Krzysztof Koziołek stanął na wysokości zadania i w bardzo autentyczny sposób odtworzył realia roku '39 ubiegłego wieku, do tego stopnia, że miałam wrażenie, jakbym czytała książkę, która rzeczywiście została wydana kilkadziesiąt lat temu. Już pierwsze zetknięcie z książką jest bardzo przyjemne dla oka, gdyż jest ona naprawdę pięknie wydana. Monochromatyczna okładka z tłoczonymi, złotymi napisami idealnie koresponduje z tematyką powieści. Autor bardzo dokładnie oddał realia XX wieku, w książce obowiązują m.in. niemieckojęzyczne nazwy miejscowości czy ulic, których polskie wersje znajdziemy w przypisach. 

     Sporo miejsca, Krzysztof Koziołek poświęca również aspektom ideologicznym ówczesnych czasów, a więc ideologii nazistowskiej: wyczekiwanie wojny z Polską, wyższość rasy aryjskiej, uwielbienie Hitlera i higiena rasy- to wszystko i wiele więcej znajdziecie w niepozornej, zaledwie 350-stronnicowej książce, a oprócz tego oczywiście wątki kryminalne, a nawet szpiegowskie! 

     Jednak żeby nie było całkiem kolorowo, jest jeden element, który nie przypadł mi do gustu i jest to zakończenie powieści. Osobiście lubię, kiedy historia jest kompletna i zamknięta, a więc po epilogu mam przeświadczenie, że wiem wszystko i otrzymałam odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie zadawałam sobie w trakcie lektury, niestety tutaj zakończenie jest dość otwarte, a wątki nie zostały wyczerpane. Autor zdecydował się zostawić czytelnika z wieloma niedopowiedzeniami i nieco mnie ten aspekt rozczarował.

     "Nad Śnieżnymi Kotłami" to bardzo intrygujący kryminał retro mocno osadzony w realiach '39 roku. Autor wciąga czytelnika w wir zawiłych intryg, jednocześnie ukazując w ciekawy sposób nastroje, jakie panowały wśród Niemców przed wybuchem wojny, a wszystko to osadzone w niezwykle urokliwej scenerii Karkonoszy. Mimo że całość stylizowana jest na pierwszą połowę XX wieku, język jest lekki i bardzo przyjemny w odbiorze. Polecam wszystkim wielbicielom gatunku, gdyż jest to książka zdecydowanie warta uwagi. 


Tytuł: "Nad Śnieżnymi Kotłami"
Autor: Krzysztof Koziołek
Wydawnictwo: Akurat
Data wydania: 20.03.2019r.
Ilość stron: 350
ISBN: 978-83-287-1154-9

Nad Śnieżnymi Kotłami [Krzysztof Koziołek]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
"Nazywają mnie śmierć"- Klester Cavalcanti

"Nazywają mnie śmierć"- Klester Cavalcanti

"Chcecie wiedzieć, jak brzmią najważniejsze przykazania zabójcy?
Po pierwsze: Nie zabijaj ciężarnej.
Drugie: Nie kradnij rzeczy ofiary.
Trzecie: Nie zabijaj innego rewolwerowca.
Czwarte: Żądaj zapłaty przed wykonaniem zlecenia.
Piąte: Nie zabijaj ofiary, kiedy śpi."



  Płatni mordercy- motyw popularny zarówno w filmach, jak i w literaturze, ale co jeśli powiem Wam, że bohater najnowszej książki Klastera Cavalcantiego o jakże intrygującym tytule "Nazywają mnie śmierć", wcale nie jest wytworem wybujałej wyobraźni autora, a scenariusz tej historii napisało samo życie? Poznajcie Julio Santanę- największego płatnego mordercę, który na swoim koncie ma 492 ofiary i... nadal jest na wolności...

   Książka, którą Wam dziś przedstawiam, jest wynikiem blisko siedmioletniego, dziennikarskiego śledztwa Klastera Cavalcantiego, który przez cały ten czas odbył z Julio Santanem kilkanaście rozmów telefonicznych, by dopiero po kilku latach spotkać się z bohaterem swojej książki twarzą w twarz, zdobyć jego zaufanie i zgodę na publikację danych personalnych.

   Julio Santana miał wszelkie predyspozycje by, jak większość swoich rówieśników zostać rybakiem. Pochodzi z dość ubogiej, religijnej rodziny, gdzie od najmłodszych lat uczył się polować, by zdobyć pożywienie. W wieku siedemnastu lat, za namową swojego wuja, dokonał pierwszego zabójstwa i... obiecał sobie, że już nigdy nie pozbawi nikogo życia. Niestety słowa nie dotrzymał, pociągnął za spust jeszcze 491 razy, a wszystkie swoje ofiary spisywał w notesie z kaczorem donaldem na okładce. 

     Zazwyczaj płatni mordercy kojarzą się nam z wyrachowanymi, bezdusznymi maszynkami do zabijania, pozbawionymi empatii i czerpiącymi przyjemności z czyjegoś cierpienia i na tym tyle Julio Santana wypada zaskakująco... normalnie.  Julio Santana nigdy nie przejawiał żadnych skłonności socjopatycznych, mało tego, nawet kiedy pomagał wojsku w tropieniu komunistów, bał się, by nie kazali mu nikogo zabijać. Jak więc dotarł do momentu w swoim życiu, kiedy został rewolwerowcem? Wszystko to za sprawą wuja, który sam był zawodowym zabójcą i po długich namowach wciągnął swojego bratanka w tę niecodzienną profesję. Bo właśnie tak Julio Santana traktował zabijanie ludzi- jako swoją pracę. Zawód- morderca. Nie podchodził emocjonalnie do ofiar, nigdy nie zabił nikogo z pobudek osobistych, traktował to jako zlecenia, po wykonaniu których zawsze  odmawiał " 10 zdrowasiek i 20 ojczenaszów", by Bóg odpuścił mu grzechy i wracał do domu, gdzie z powrotem stawał się kochającym mężem i ojcem.


     Klester Cavalcanti przedstawia w swojej książce cały życiorys Julio Santany: od dzieciństwa, aż do spotkania z nim w jego domu, kiedy do Santana porzucił już pracę rewolwerowca i jak sam o sobie mówi "przeszedł na emeryturę". Cała książka bazuje na wspomnieniach Santany i to co, jest w tej historii najbardziej przerażające to fakt, że Santana potrafi naprawdę wzbudzić sympatię. Autor nie przedstawił Santany jako zimnego, wyrachowanego mordercy, a raczej jako człowieka, który znalazł się w niewłaściwym miejscu i czasie i przez bardzo niefortunny zbieg okoliczności został płatnym mordercą, ale w gruncie rzeczy jest człowiekiem o sporej wrażliwości, bardzo religijnym, dla którego rodzina jest najważniejszą wartością (wszak to dla żony porzucił pracę rewolwerowca), dręczonego przez koszmary.

     W książce pojawia się też kilka brutalnych opisów: począwszy od skórowania zwierząt, przez opisy tortur komunistów, po morderstwa, a wszystko to jest napisane w tak sugestywny, szczegółowy sposób, że momentami zaczęłam odczuwać mdłości, tak więc, jeśli jesteście wrażliwi na drastyczne opisy- uważajcie i przygotujcie się psychicznie do tej lektury.


      "Nazywają mnie śmierć" to książka będąca świetnym przykładem doskonale wykonanej pracy dziennikarza śledczego. Klaster Cavalcanti serwuje czytelnikom prostą, prawdziwą, a przez to jeszcze bardziej wstrząsającą historię człowieka, który pozbawił życia blisko pięćset osób, a przy tym nadal pozostał czułym, kochającym i wierzącym człowiekiem, takiej historii nie wymyśliłby żaden człowiek, taki scenariusz mogło napisać jedynie samo życie... Autor podszedł do tematu w zupełnie nowy, świeży  sposób, dzięki czemu książka robi piorunujące wrażenie, dlatego zdecydowanie polecam, ale ostrzegam, to nie jest lektura, którą łatwo będzie Wam wyrzucić z głowy... 
        


Tytuł: "Nazywają mnie śmierć"
Autor: Klester Cavalcanti
Tłumaczenie: Joanna Kuhn
Wydawnictwo: Muza
Data premiery: 24.04.2019r.
Ilość stron: 318
ISBN: 978-83-287-0734-4
"Atlantycka Konspiracja"- Maciej Makarewicz

"Atlantycka Konspiracja"- Maciej Makarewicz

 
     Thriller z wątkiem historycznym... lubicie takie klimaty? Dla mnie to taki trochę powrót do korzeni, bo to za sprawą króla gatunku- Dana Browna odrodziła się moja miłość do książek, skrzętnie tłumiona przez większość lektur szkolnych. I zawsze, przy każdej nadarzającej się okazji chętnie sięgam po tego typu powieści, dlatego z olbrzymią przyjemnością zatraciłam się w lekturze nowej książki Macieja Makarewicza- "Atlantycka Konspiracja"





      Maciej Makarewicz- pilot wycieczek, przewodnik, autor artykułów do magazynu "Focus Historia", miłośnik starodawnych map i zagadek historycznych i właśnie z tej miłości zrodziła się jego książka, w której pokazuje on alternatywną wersję XV-wiecznych wypraw morskich i wpływów Templariuszy. 

     Kiedy Rory Fallon- specjalista w dziedzinie starodawnej kartografii- odsłuchuje na swojej skrzynce pocztowej tajemniczą i nieco przerażającą wiadomość od profesora dom Joao, nie podejrzewa nawet, w jaki wielkie tarapaty wpakuje się, ruszając na pomoc znajomemu. Za sprawą pozostawionych mu wskazówek Fallon przemierza urokliwe zakątki Portugalii, odkrywa kolejne tajemnice  przeszłości i ściga się z czasem, by uratować profesora. Jednak, żeby nie było tak łatwo, nie będzie w swoich poszukiwaniach osamotniony, spotka na swojej drodze między innymi: siostrzenicę dom Joao, pracownicę departamentu ds. dziedzictwa, ambasadora Portugalii w Watykanie, słynnego portugalskiego biznesmena oraz maltańskiego namiestnika. Mimo wspólnego celu każdy z nich będzie kierować się innym motywem i jak zazwyczaj bywa- nie wszyscy z nich będą stali po jasnej stronie mocy...

     Jeden Zakon, jeden skarb i wielu chętnych, by go odnaleźć. Tak, w dużym skrócie można przedstawić wszystkie powieści opierające się na wątku zaginionego skarbu Templariuszy, bo nie jest to temat nowy. W wielu podobnych powieściach przewija się wątek tajemniczego, zaginionego skarbu, jednego z najpotężniejszych Zakonów Rycerskich, jednak Maciej Makarewicz poszedł o krok dalej i przedstawia ów skarb od nieco innej strony, nadając mu przez to zupełnie nowe i bardzo zaskakujące znaczenie. Nie zdradzę Wam, czym jest ów skarb, żeby nie zepsuć Wam niespodzianki, ale powiem Wam jedno... takiego obrotu sprawy, z pewnością się nie spodziewacie...

    Mimo że fabuła książki jest naprawdę interesująca, nie jest to książka na jeden wieczór, gdyż momentami autor posługuje się dość skomplikowanych językiem. Dodatkowo znajdziecie w książce sporo odniesień do historii Portugalii, okresu odkryć geograficznych oraz Zakonu Templariuszy, dlatego osobiście polecam Wam, podzielić sobie lekturę na kilka dni, by się nią nacieszyć, a nie namęczyć. 

     To, co mnie lekko nużyło w lekturze to początek. Akcja rozwija się bardzo powoli. W pierwszych rozdziałach poznajemy mnóstwo bohaterów, ale nie wiemy, o co tak właściwie chodzi w całości. Cała historia zostaje wytłumaczona dopiero później i początkowo miałam z tyłu głowy myśl: "No dobra, ale do sedna.", jednak w momencie, kiedy akcja nabierze już tempa, nie zwalnia aż do samego końca, a każdy kolejny rozdział zaskakuje czytelnika kolejnymi niespodziankami. 

     "Atlantycka Konspiracja" to bardzo intrygująca powieść łącząca w sobie wątki historyczne z fikcją literacką. Autor ma sporą wiedzę na tematy, które porusza i przedstawia bardzo dokładnie wszystkie wątki. 
     Tajemnice, zagadki, poszlaki i nieoczekiwane zwroty akcji- czyli to, czego oczekuję od tego typu powieści i właśnie to wszystko znajdziecie w książce Macieja Makarewicza, który "Atlantycką Konspiracją" z przytupem wkracza na rynek polskich thrillerów historycznych. Nie powiem Wam, że jest to nasz Dan Brown, bo tym tytułem już jakiś czas temu okrzyknęłam Leszka Hermana i będę w tym konsekwentna, ponieważ uważam, że Maciej Makarewicz jeszcze nie osiągnął tego samego poziomu, ale biorąc pod uwagę, że jest to jego pierwsza książka, to zapowiada się, że Leszkowi Hermanowi rośnie naprawdę poważna konkurencja i z niecierpliwością czekam na kolejne książki Makarewicza, a wam, polecam udać się do księgarni, w poszukiwaniu "Atlantyckiej Konspiracji", bo naprawdę warto.     




Tytuł: "Atlantycka Konspiracja"
Autor: Maciej Makarewicz
Wydawnictwo: Replika
Data premiery: 14.05.2019r.
Ilość stron:463
ISBN: 9788366217218


Z innej beczki #2 "Tylko nie mów nikomu"- co sądzę o budzącym kontrowersje filmie braci Sekielskich

Z innej beczki #2 "Tylko nie mów nikomu"- co sądzę o budzącym kontrowersje filmie braci Sekielskich

O tym, że Tomasz Sekielski wraz z bratem kręcą film na temat pedofilii w Kościele wiadomo było od dawna, zbierali nawet na ten cel fundusze na Patronite, dzięki czemu udało im się zrealizować film. I oto 11-go maja 2019r. wybucha bomba. Film zadebiutował na Youtube. Tak po prostu. Z pominięciem kina, telewizji, całej tej machiny dystrybucyjnej, tak, by dotarł do jak największej liczy odbiorców i trzeba przyznać udało się to doskonale, bo w  24 godziny film osiągnął ponad 3 miliony wyświetleń!




To nie jest lekki film. To mocy dokument, który moim zdaniem powinien obejrzeć absolutnie każdy, nie tylko osoby o poglądach antyklerykalnych, ale przede wszystkim Ci katolicy, którzy są realnie uczestniczą w życiu Kościoła. Bo można było zignorować film "Kler", który był jednak formą artystycznego wyrazu, wizji reżysera itd., ale nie można zignorować filmu dokumentalnego, w którym dowody na tuszowanie pedofilii podane są nam na tacy...


Problem pedofilii istnieje od lat i nie chodzi tutaj (wbrew temu jaką linię obrony obrała po premierze filmu część księży), żebym wmawiać ludziom, że pedofilia istnieje tylko w Kościele. Absolutnie nie! Istnieje w każdej grupie zawodowej. Chodzi o to, że księża w swoim hermetycznym środowisku udają, że problem ich nie dotyczy, że wykorzystują swój autorytet i chroniąc tych zwyrodnialców sami stają się współwinni bo dają temu przyzwolenie. Każdy "zwyczajny" człowiek, który dopuści się nadużyć seksualnych od razu ma postawione zarzuty, staje przed sądem i jest zamykany. Taka jest kolej rzeczy i tak powinno to wyglądać w KAŻDYM przypadku. Tymczasem pojawia się taka grupa jak księża, która mówi: "Nie, nie, nie. To jest wewnętrzna sprawa Kościoła. Wy się w to nie mieszajcie, my się tym sami zajmiemy". Po czym wysyła oskarżonego o pedofilię księdza na inną, odległą parafię, żeby sprawa ucichła. Zdajecie sobie sprawę, że ofiary księży-pedofili, które zgłosiły sprawę do kurii nie mają wglądu w dalszy przebieg postępowania? Nie dostają konkretnej odpowiedzi, jak została zakończona sprawa? W Kościele, wszystko jest utajnione. 

To, co w całym filmie na mnie zrobiło największe wrażenie to konfrontacja ofiar z ich oprawcami. Szczerze? Nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić, ile trzeba mieć w sobie siły by po kilkunastu czy kilkudziesięciu latach stanąć twarzą w twarz ze swoim oprawcą i zapytać "Dlaczego?", a właśnie tego typu sceny ukazane są w filmie, dlatego nawet ludzie, którzy dotychczas nie wierzyli w pedofilię w Kościele, muszą przejrzeć na oczy w momencie, gdy widzą księdza, który wprost się do tego przyznaje, mówiąc nawet do swojej ofiary: "Nie byłaś jedyna, było ich więcej". 

Najbardziej niepojętym dla mnie jest to, jak Ksiądz, który teoretycznie powinien świecić przykładem, chroni drugiego księdza-pedofila. Bo co, bo kolega? Na litość Boską gdzie wasze sumienia? Jak możecie siedzieć spokojnie z różańcem w ręku wiedząc, że za ścianą jeden z Was wykorzystuje dziecko? I nie, nie wierzę w tłumaczenia w stylu "ja nic nie wiedziałem". Szczerze? Od razu kojarzy mi się to z sytuacjami kiedy np. mężczyzna zamorduje żonę czy dziecko, przyjeżdżają dziennikarze pod dom i wychodzi jeden sąsiad z drugim mówiąc: "Ojej no taka tragedia, a taki grzeczny był, zawsze dzień dobry mówił". To teraz pomyślcie: Mieszkacie w kamienicy, lub bloku, ściany są cienkie i co, nie słyszycie awantury za ścianą? Nie słyszycie płaczu, krzyku czy tłuczonego szkła? Bo ja mieszkam w kamienicy i słyszę wszystko: słyszę jak sąsiad ma gości, słyszę jak sąsiadka odkurza, jak wbija gwoździe, jak dzieci płaczą lub biegają, więc do cholery nie róbcie z ludzi idiotów twierdząc, że nic nie widzicie i nic nie słyszycie, bo to tylko i wyłącznie wasza ignorancja i wasza współodpowiedzialność! 

Dziś rano, weszłam na kilka portali gdzie zobaczyłam oświadczenia na temat filmu  Abp. Polaka i Abp. Gądeckiego, gdzie to wyrazili ubolewanie nad wydarzeniami przedstawionymi w filmie. Tyle tylko, że w trakcie realizacji "Tylko nie mów nikomu" poproszono ich o udział w nim. Odmówili. Poza tym te przeprosiny już chyba słyszeliśmy, kilka miesięcy temu. I co z tego wynikło? Nic. (Ale i tak zawsze to lepsze niż abp. Głódź, który zapytany o film i o to, czy wiedział o ks. Cybuli opowiedział, że: "Nie ogląda byle czego". Brawo! Piękne świadectwo podejścia do problemu. Nic dodać nic ująć.)

Więc zamiast ubolewań i kolejnych jałowych przeprosin, myślę, bardziej przydałyby się wyjaśnienia:
Jak to możliwe, że Ksiądz, który ma sądowy zakaz pracy z dziećmi prowadzi dla nich rekolekcje?
Jak to jest możliwe, że Księża oskarżeni o pedofilię są przerzucani z parafii na parafię i nie wyciąga się wobec nich żadnych konsekwencji?
Dlaczego kuria nie zgłasza przypadków podejrzenia o pedofilię do prokuratury?
Jak to możliwe, że ksiądz, który został wydalony ze stanu kapłańskiego przez papieża Franciszka, blisko rok później jest spotkany na procesji w szatach liturgicznych? 
I w reszcie jakie sankcje Kościół zamierza wyciągnąć wobec tych księży, którzy pomagali kryć pedofilów? 

I gdyby znalazł się jeden, jedyny biskup, który wyszedłby sam do dziennikarzy i bez (za przeproszeniem) pieprzenia o grzechu pierworodnym, kuszeniu przez szatana i miłosierdziu odpowiedział konkretnie i merytorycznie na tego typu pytania to naprawdę zyskał by mój szacunek (i myślę, że większości społeczeństwa również). 

Ale jest w tej historii jeszcze jeden ciekawy, a zaraz bardzo przykry wątek. I wiem, że wzbudzi on pewnie kontrowersje, ale niestety prawda jest prawdą bez względu na to kogo dotyczy. Mowa o dwóch wybitnych polakach, którzy zapisali się na kartach historii z najlepszej strony, ale niestety nie w tym przypadku. 
Lech Wałęsa i Jan Paweł II. Tak, zdaję sobie sprawę, że dla większości z nas są to postacie nietykalne, ale tego, że przez lata chronili księży-pedofili wybaczyć im nie można. Jeśli chodzi o Lecha Wałęsę, to nie będę tutaj rozwodzić się nad tematem ks. Jankowskiego, bo nie o nim jest ten film. Mowa raczej o ks. Cybuli, za którym Lech Wałęsa jeszcze niedawno stał murem, a który jest jednym z bohaterów filmu gdzie wprost przyznaje się do molestowania chłopca, mało tego nie okazuje nawet skruchy, wchodzi bardziej w narrację w stylu "Przecież to były takie żarty", "Ty też chciałeś" itp. 
Pewnie część z Was zastanawia się, co z całym tym bagnem ma wspólnego nasz papież. A czy wiedzieliście, że do 2001 roku obowiązywała tajna instrukcja dotycząca tego, w jaki sposób tuszować przypadki pedofilii? 20 lat pontyfikatu nie zrobił z tym absolutnie nic... Cóż nawet Święty nie jest to końca święty...

Po obejrzeniu filmu zaczęłam czytać komentarze pełne zgorszenia, oburzenia, zdziwienia. Może jestem już zgorzkniała ale wiecie co? Mnie ten film, wcale aż tak nie zszokował. Ja po polskim Kościele wcale nie spodziewałam się niczego lepszego. Temat ukrywania pedofilii w Kościele nie pojawił się wczoraj, istnieje od dawna, tyle tylko, że bracia Sekielscy pokazali niedowiarkom czarno na białym dowody. Mam wrażenie, że to nie film jest kontrowersyjny. Kontrowersyjne jest samo zjawisko oraz to, że spora część społeczeństwa nadal nie dopuszcza do siebie takiej myśli i woli wierzyć Kościołowi niż ofiarom. Co nie zmienia faktu, że panowie Sekielscy zrobili kawał dobrej roboty, bo film jest zrobiony w bardzo wyważony sposób. Nie jest to pogoń za tanią sensacją. Autorzy wykazali się pełnym wyczuciem i zrozumieniem dla ofiar, a jednocześnie, wbrew temu, co twierdząc niektórzy księża- nie jest ani agresywny, ani jednostronny. Film pokazuje gołe fakty, księża dostali swoją szansę na "obronę" a to na ile ją wykorzystali, cóż każdy może wyciągnąć swoje wnioski...



Jeśli ktoś nie oglądał jeszcze filmu, bardzo was do tego zachęcam i zapraszam na kanał Tomasza Sekielskiego:

https://www.youtube.com/watch?v=BrUvQ3W3nV4





"Czterdzieści minus"- Katarzyna Kostołowska

"Czterdzieści minus"- Katarzyna Kostołowska




     Kobieca przyjaźń- motyw równie popularny w literaturze kobiecej, co rzadko spotykany w rzeczywistości. Niestety, ale nie odkryję Ameryki, jeśli powiem, że przyjaźni powinnyśmy uczuć się od mężczyzn. My- kobiety mamy skłonność do poświęcania przyjaźni "na rzecz" miłości i w efekcie nasze życie często kręci się tylko wokół związku, poza tym jesteśmy z natury zazdrosne i mamy problemy ze szczerością, przez co nasze "przyjaźnie" z góry budowane są na nieco fałszywych fundamentach. Mężczyźni tego błędu nie popełniają i potrafią dużo lepiej podtrzymywać przyjacielskie relacje. Jednak wśród kobiet również zdarzają się wyjątki i właśnie o takiej, wyjątkowej, prawdziwej kobiecej przyjaźni jest debiutancka powieść Katarzyny Kostołowskiej pt. "Czterdzieści minus".

     Aneta, Aśka, Karolina i Magda- cztery kobiety, cztery żywioły, cztery różne temperamenty i osobowości, które łączy jedno- prawdziwa kobieca przyjaźń. Poznajemy bohaterki, kiedy ich liczniki nieubłaganie zbliżają się do czterdziestki, mimo tego, żadna z nich nie ma w pełni uporządkowanego życia: Aneta, która jako jedyna może pochwalić się szczęśliwym związkiem, musi uporać się z problemami finansowymi, gdyż jej czekoladziarnia przynosi więcej strat niż zysków. Aśka przeżywa zawód miłosny po tym, jak porzucił ją kochanek. Mąż Magdy i ojciec jej nowo narodzonego dziecka okazuje się gejem, a życie uczuciowe Karoliny praktycznie nie istnieje. Jeśli dodamy do tego problemy w pracy, to otrzymamy cztery podłamane kobiety, które od nowa próbują poukładać sobie życie i zapewne wyszedłby z tego niezły melodramat, gdyby nie fakt, że to nie są zwyczajne kobiety, bo poczucia humoru, dystansu do świata i wzajemnego wsparcia mogłaby im pozazdrościć niejedna z nas...


     "Czterdzieści minus" to literacki debiut Katarzyny Kostołowskiej, która dotychczas publikowała swoje opowiadania w kobiecych czasopismach i widać, że pisze nie od wczoraj, ponieważ jej styl jest bardzo dopracowany i przejrzysty. Autorka posługuje się prostym językiem, ma bardzo lekkie pióro, dzięki czemu jest to idealna lektura na wieczór po ciężkim dniu. Bohaterki są kobietami z krwi i kości, mają swoje wady, popełniają błędy, czasami robią kompletne głupoty, ale są w tym wszystkim autentyczne i to ceni się najbardziej, bo czytając perypetię tej czwórki, możecie poczuć się, jak na spotkaniu z najlepszymi przyjaciółkami.

      Nie będę Wam wmawiać, że jest to uniwersalna lektura dla każdego. Nie, nie jest. Jest to typowo kobieca lektura, która pozwoli Wam oderwać się od codzienności i najzwyczajniej w świecie zrelaksować- tylko tyle, albo aż tyle.


     Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to jak dla mnie... brak momenty kulminacyjnego. Co prawda w życiu każdej z bohaterek następuje jakiś przełom, jednak brakuje mi tutaj jednego, konkretnego momentu z efektem "wow", który stanowiłby punkt zwrotny w całej powieści, wspólny dla wszystkich bohaterek.


     "Czterdzieści minus" to powieść o kobietach i dla kobiet, ciepła, zabawna, pokazująca siłę kobiecej przyjaźni, gwarantuje idealny odpoczynek po ciężkim dniu i dużą dawkę poczucia humoru. Zdecydowanie polecam, bo jest to świetna lektura dla każdej kobiety, nie tylko dla tej zbliżającej się do czterdziestki;)

   

Tytuł: "Czterdzieści minus"
Autor: Katarzyna Kostołowska
Wydawnictwo: Książnica
Data premiery: 03.04.2019r.
ISBN: 978-83-245-8361-4




     
Z INNEJ BECZKI #1- Krwidawstwo i DKMS czyli obalamy mity

Z INNEJ BECZKI #1- Krwidawstwo i DKMS czyli obalamy mity

Moi drodzy, dziś pierwszy post z zapowiadanej przeze mnie serii "Z innej beczki", w której będą pojawiać się przeróżne tematy niezwiązane z literaturą. Będą moje luźne przemyślenia na konkretne tematy, relacja z jakiś wydarzeń, ciekawe miejsca i produkty warte polecenia. Długo zastanawiałam się, jaki temat wziąć na tapetę na otwarcie cyklu i znalazłam coś, co dla mnie jest ważne i uważam, że są to kwestie, o których warto mówić, a mianowicie... krwiodawstwo i dawstwo szpiku.


Zacznijmy od krwiodawstwa.
Oddaję krew od jakiegoś czasu z większą lub mniejszą regularnością, bo niestety często jest tak, że krwi zwyczajnie oddać nie mogę. Bardzo często okazuje się, że albo mam za niską hemoglobinę, albo ciśnienie. A wtedy krwi nie oddacie.
I tutaj już na wstępie mamy do obalenia mit nr 1. - NIKT NIE POBIERZE WAM KRWI KOSZTEM WASZEGO ZDROWIA.
Często słyszę, stwierdzenia, że pracownicy Centrum Krwiodawstwa przymykają oko na złe wyniki byle tylko pobrać komuś krew. Nie. Tak nie ma. Obostrzenia są bardzo skrupulatnie określone i tego się przestrzega. Dla przykładu: wystarczy, że masz o 0,1 za niską hemoglobinę i nikt Ci krwi nie pobierze, to samo tyczy się ciśnienia, przyjmowanych leków i całej reszty wytycznych. Wielokrotnie będąc w krwiobusie słyszałam teksty w stylu: "Nie kosztem własnego zdrowia". I tak właśnie jest. Co do całej procedury to ja zawsze oddaję krew w krwiobusie, gdyż u mnie w żadnym szpitalu w okolicy krwi oddać nie można, więc powiem Wam jak to wygląda w ich przypadku (choć podejrzewam, że w centrach krwiodawstwa procedura wygląda tak samo, co najwyżej warunki są nieco bardziej komfortowe,
bo sam krwiobus to nic innego jak przerobiony, odpowiednio dostosowany autobus, w którym niestety często zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym jest nieznośnie gorąco przez co ludzie czasami słabną już na wstępie, ale to już kwestia konkretnej ekipy, więc może tylko u mnie tak jest.) Na wstępie dostajecie do wypełnienia dość obszerną ankietę, która ma na celu weryfikację, czy możecie danego dnia oddać krew, następnie sprawdza się hemoglobinę, a na sam koniec czeka Was krótka wizyta u lekarza. Jeżeli wszystko jest w porządku, to zostajecie zaproszeni na fotel, gdzie  jest już pobierana krew. Jeśli chcecie znać moje odczucia, to nie będę Wam słodzić, że nawet się tego nie odczuwa, że jest super miło i przyjemnie, bo jest to w końcu pobranie krwi ( a raczej nie jest to najprzyjemniejsza rzecz pod słońcem, ale bez przesady welflon jak welflon), ale organizm może na dobrą sprawę za każdym razem zareagować inaczej. Raz poszłam i w zasadzie naprawdę nie czułam żadnych negatywnych skutków, a innego razu nie mogła dojść do domu, bo stale kręciło mi się w głowie. Dodatkowo na dzień oddania krwi nie powinniście planować żadnych intensywnych zajęć, gdyż organizm jest osłabiony, dlatego też po oddaniu krwi ZAWSZE przysługuje Wam dzień wolnego od pracy. I uwaga! Nie jest to zwolnienie chorobowe, jak często mylnie myślą ludzie, jest to tzn. nieobecność usprawiedliwiona płatna 100 %, więc do wynagrodzenia liczona jest tak samo, jak dzień pracujący.
Ostatni już i chyba najgłupszy mit brzmi: "Jak już raz się odda krew, to trzeba oddawać całe życie, bo organizm będzie jej za dużo produkował". Co za bzdura! Skąd się to w ogóle wzięło? Może gdyby ktoś oddawał krew co tydzień to faktycznie by tak było, ale takiej opcji nie ma, w ciągu roku kobieta może oddać krew maksymalnie 4 razy, a mężczyzna 6 razy i koniec, choćbyście chcieli, to więcej krwi nie oddacie.
Tak to wygląda moim okiem, jednak to co najważniejsze, to ogromna satysfakcja, dlatego zachęcam każdego, bo uważam, że mimo drobnych niedogodności- naprawdę warto, bo nic was to nie kosztuje, a możecie pomóc, zwłaszcza, że krwi, nie da się zastąpić...



Druga akcja, w którą jestem poniekąd zaangażowana to DMKS czyli dawcy szpiku. Nie byłam nigdy dawcą, jestem zarejestrowana jako potencjalny dawca od prawie siedmiu lat, jednak dotychczas nie pojawił się żaden potencjalny biorca, więc jak wygląda pobieranie szpiku wiem tylko z teorii i taką też Wam przedstawię, ale zacznijmy od rejestracji. Opcje są dwie: możecie udać się w miejsce gdzie jest akurat organizowany Dzień Dawców Szpiku i tam wolontariusze pomogą Wam i odbiorą wasze zgłoszenie. Takie akcje organizowane są coraz częściej, więc nawet w małych miastach możecie na nie trafić. Ale jest też druga opcja: Wchodzicie na stronę DKMS: https://www.dkms.pl/pl/zostan-dawca zamawiacie pakiet rejestracyjny, który przychodzi na Wasz adres. Będzie tam kwestionariusz wraz z pałeczkami do zrobienia wymazu oraz koperta z adresem zwrotnym. Gotowy pakiet pakujecie w załączoną kopertę, wrzucacie do skrzynki pocztowej i gotowe. W obu przypadkach w ciągu kilku tygodni powinniście otrzymać kartę potencjalnego dawcy, która jest potwierdzeniem rejestracji waszej osobowy w bazie DKMS.
UWAGA! To że zgłosiliście się, nie oznacza, że ktoś odezwie się do was w ciągu kilku miesięcy, możecie otrzymać telefon po kilku latach dlatego bardzo ważne jest, żeby aktualizować swoje dane kontaktowe! (możecie zrobić to m.in. przez stronę internetową DKMS)

I tutaj jeśli chodzi o mity, to jest już jazda bez trzymanki. Nie wiem skąd to się bierze, ale byłam kiedyś wolontariuszem podczas Dni Dawców i przez 2 dni dziesiątki o ile nie setki razy musiałam odpowiadać na pytanie:" Czy szpik pobiera się z kręgosłupa?" NIE! ABSOLUTNIE NIE!

80 % pobrań szpiku odbywa się z krwi obwodowej. Wygląda to tak, że przez 5 dni dawca przyjmuje naturalny czynnik wzrostu G-CSF, dzięki czemu zwiększa się ilość komórek macierzystych we krwi. Natomiast jeśli chodzi o samo pobranie, to z jednej ręki krew jest pobierana, przefiltrowana przez specjalną maszynkę, która separuje komórki macierzyste i krew wraca do organizmu poprzez drugą ręką.

Pozostałe 20 % to pobrania z talerza kości biodrowej. Jest to o tyle bardziej inwazyjne, że zabieg wykonywany jest pod narkozą. Szpik pobiera się poprzez nakłucie specjalną igłą z talerza kości biodrowej (nie z rdzenia kręgowego!) I w tym wypadku dawca przez około 2-3 dni musi być hospitalizowany. A szpik regeneruje się całkowicie w czasie około 2 tygodni.

Na dziś to tyle ode mnie, mam nadzieję, że jeśli zastanawialiście się czy warto, to rozwiałam Wasze wątpliwości, bo pomagać warto zawsze, zwłaszcza, że nie wszystko da się kupić i nie wszystko można wyprodukować, zarówno w kwestii krwi, jak i szpiku jedyne co może pomóc to szczerza, bezinteresowna chęć pomocy, a ta jest bezcenna;)

Jeżeli macie jeszcze jakieś pytania piszcie śmiało w komentarzach!

 
KONKURS: "Dwanaście warunków Pani Prezes" z dydykacją od autorki!

KONKURS: "Dwanaście warunków Pani Prezes" z dydykacją od autorki!

Witajcie moi drodzy, obiecałam konkurs i oto i on. Nagroda jest wyjątkowa, bo jest nią egzemplarz książki "Dwanaście warunków Pani Prezes" Marty Mildy (>recenzja<) z imienną dedykacją od autorki! A tego moi drodzy nie kupicie w żadnej księgarni:)




Zadanie jest bardzo proste i myślę, że przyjemne...

Marta- tytułowa Pani Prezes z książki Marty Mildy to kobieta o bardzo twardym charakterze, dlatego też pytanie konkursowe brzmi:


JAKA JEST TWOJA ULUBIONA KOBIECA BOHATERKA LITERACKA
"Z CHARAKTERKIEM"
?
(interpretacja absolutnie dowolna)


 Na wasze zgłoszenia czekam do 10 maja do północy! 



Regulamin konkursu:
  1. W konkursie mogą wziąć udział wszystkie osoby posiadające adres do korespondencji na terenie Polski. 
  2. Organizatorem konkursu jest autorka bloga www.ksiazkoholiczka94.blogspot.com
  3. Sponsorem nagrody jest autorka książki "Dwanaście warunków Pani Prezes"- Marta Milda.
  4. Za wysyłkę nagrody odpowiada jej sponsor.
  5. Konkurs trwa od 03.05.2019r. do 10.05.2019r. do północy.
  6. Aby wziąć udział w konkursie należy wykonać zadanie konkursowe w komentarzu pod tym postem.
  7. Wyniki zostaną ogłoszone w ciągu siedmiu dni od dnia zakończenia konkursu.
  8. Zwycięzca konkursu ma obowiązek skontaktować się ze mną drogą mailową na adres: sandra.galka94@gmail.com w celu podania danych do wysyłki w ciągu maksymalnie 3 dni, jeśli tego nie zrobi, po tym czasie zostaniem wyłoniony nowy zwycięzca. 
  9. Zwycięzca konkursu automatycznie wyraża zgodę na przekazanie jego danych osobowych. (imienia, nazwiska i adresu) sponsorowi nagrody w celu jej wysyłki.
  10. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.)
  11. Zgłoszenie swojego udziału w konkursie jest równoznaczne z akceptacją powyższego regulaminu oraz w przypadku wygranej z wyrażeniem zgody na przetwarzanie danych osobowych celem ogłoszenia wyników konkursu. 

 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Książkoholiczka94 , Blogger