"Owoc granatu: Świat w płomieniach"- Maria Paszyńska

"Owoc granatu: Świat w płomieniach"- Maria Paszyńska

"Kiedy raz zacznie się kłamać, potem nie można już skończyć. Udawanie prawdy o samym sobie staje się odruchem, wchodzenie w kolejne i kolejne role dokonuje się instynktownie, bezmyślnie, aż pewnego dnia orientujesz się, że nie masz pojęcia, kim jest człowiek, którego twarz widzisz w lustrze i nazywasz sobą."


     "Owoc granatu" seria, która szturmem podbiła serca polskich czytelników i zrobiła niemałe zamieszanie na rynku wydawniczym. Powiedziano o niej już naprawdę wiele, a niebawem premierę ma ostatni tom cyklu- "Powroty", tymczasem przychodzę do Was z recenzją "Świata w płomieniach", a więc trzeciej części tego, jakże poczytnego cyklu. 

     Iran, rok 1963.  Elżbieta i Stefania- skłócone od lat bliźniaczki wiodą spokojne i pozornie szczęśliwe życie w nowym świecie, jednak rzeczywistość wcale nie jest tak kolorowa: Stefania żyje z mężczyzną, z którym nie łączy jej absolutnie nic, brakuje jej chęci życia i motywacji do działania, natomiast Elżbieta złamana doświadczeniami wojny nie potrafi wymazać z pamięci krzywd, jakich doznała na Syberii. Dodatkowo w Iranie sytuacja polityczna robi się coraz bardziej napięta, po cichu mówi się, o możliwości wybuchu rewolucji.

     Mimo że "Świat w płomieniach" jest trzecią po "Dziewczętach wygnanych" i "Krainie snów" częścią serii "Owoc granatu" to dla mnie było to pierwsze spotkanie zarówno z samym cyklem, jak i w ogóle z twórczością Marii Paszyńskiej i szczerze powiedziawszy nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Powieści, których akcja osadzona jest w krajach muzułmańskich, choć coraz popularniejsze, nigdy nie były moją mocną stroną dlatego też dość długo zwlekałam z lekturą "Owocu granatu...", jednak w końcu postanowiłam dać jej szansę i zdecydowanie nie żałuję.

      Akcja powieści toczy się dwutorowo: z jednej strony poznajemy losy Elżbiety i rodziny Teherich z drugiej zaś śledzimy poczynania Stefanii i jej męża- Jędrzeja Walickiego, całość wzbogacona jest wątkami społeczno-politycznymi, które stanowią nie tylko tło dla powieści, ale są jej bardzo ważnym aspektem. 

      Język, jakim posługuje się Maria Paszyńska jest bardzo lekki, zrozumiały, ale nie nazbyt prosty dzięki czemu książkę czyta się błyskawicznie. Dodatkowo autorka wypracowała idealny balans między wszystkim wątkami powieści, dzięki czemu żaden z nich nie jest przesadnie wyeksponowany i górujący nad pozostałymi. 

     Bardzo interesującym  i ważnym elementem powieści jest sytuacja polityczna w Iranie w XX wieku. Autorka pokazuje jak okropnie zły kierunek obrali Irańczycy w zmianie swojego kraju: z kraju dość wolnego i otwartego stworzyli zamkniętą społeczność opartą na muzułmańskich radykałach. Maria Paszyńska, jako absolwentka iranistyki Wydziału Orientalistycznego Uniwersytetu Warszawskiego, ma olbrzymią wiedzę na temat Iranu i dzieli się z nią z czytelnikami w bardzo ciekawy sposób, zachęcając do poznania tamtejszej kultury jednocześnie nie narzucając się z nią przesadnie. 

     "Owoc granatu: Świat w płomieniach" to niesamowita, bardzo klimatyczna powieść wzbudzająca w czytelniku skrajne emocje: od szoku, przez śmiech i złość aż do wzruszenia. To piękna, poruszająca historia, osadzona w realiach XX-wiecznego Iranu, która wciąga czytelnika już od pierwszych stron i nie pozwala oderwać się od lektury, aż do samego końca. Zdecydowanie polecam Wam tę książkę, a sama biegnę nadrobić dwa poprzednie tomy! 


Tytuł: "Owoc granatu: Świat w płomieniach"
Autor: Maria Paszyńska
Wydawnictwo: Książnica
Data wydania: 24.04.2019r.
Ilość stron: 320
ISBN: 978-83-245-8358-4

 
"Gdzie jest Olga?"- Danka Braun

"Gdzie jest Olga?"- Danka Braun

"Gdyby ludzie zachowywali się jak zwierzęta, to świat byłby wtedy bardziej ludzki."




     Połowa czerwca już za nami, a wiecie, co to oznacza? Tak! Premiera najnowszej powieści Danki Braun- "Gdzie jest Olga" już za nami i właśnie jej recenzję dziś dla Was przygotowałam:)

     Moje uwielbienie książek Danki Braun, nie jest niczym nowym, więc jeśli śledzicie mojego bloga, to z pewnością wiecie, że zapałałam miłością do twórczości autorki już od pierwszej jej książki, która wpadła w moje ręce, a był to "Zabójczy urok blondynki" (>recenzja<) i od tego czasu uczucie to jedynie przybiera na sile z każdą kolejną powieścią i choć ciągle tęskno mi do sagi z niesamowitą rodziną Orłowskich, powoli przyzwyczajam się do nowej serii z nieco nieporadnym życiowo detektywem Mirkiem Filerem. 

     "Gdzie jest Olga" jest drugim po "Morderstwie przy drodze krajowej 94" (>recenzja<), tomem serii z prywatnym detektywem w roli głównej i podobnie jak poprzednim razem Mirek Filer musi rozwikłać sprawę, w którą zamieszane są osoby z jego bliskiego otoczenia...

     Kiedy w tajemniczych okolicznościach zostaje zamordowany Roman Głowacki- przyjaciel rodziny Fillerów, podejrzenie niemal natychmiast pada na żonę denata- Olgę, tym bardziej, że kobieta zniknęła i nie daje znaku życia. W związku z tym syn małżeństwa prosi Mirka, o pomoc w odnalezieniu jego matki. Szybko okazuje się, że sprawa jest dużo bardziej skomplikowana niż mogłoby się wydawać, a lista zadowolonych ze śmierci Głowackiego rośnie z każdym dniem. 
Jednak śledztwo nie jest jedyną rzeczą, jaka zaprząta głowę naszego detektywa, dużo trudniejszym dla niego wyzwaniem wydaje się być opieka nad rezolutną pięciolatką, która co rusz stawia przed swoim ojcem nowe wyzwania...

     Styl Danki Braun jest bardzo charakterystyczny, mam wrażenie, że nawet gdybym nie miała informacji, kto ową książkę napisał, to sam styl i budowa powieści od razu sugerowałyby Dankę Braun. Przede wszystkim nie jest to typowy kryminał, nazwałabym to raczej powieścią obyczajową z szeroko rozwiniętym wątkiem kryminalnym, bo tak naprawdę toczące się śledztwo jest dodatkiem, to codziennych zmagań z rzeczywistością głównego bohatera.  
Kolejnym charakterystycznym dla autorki elementem są rozdziały będące wspomnieniami danego bohatera: czy to w formie wpisów z pamiętnika, czy opowieści- występują w większości książek Danki Braun i "Gdzie jest Olga" nie stanowi tutaj wyjątku.       

      Na ogół wydaje mi się, że znam dość dobrze zarówno styl jak i same powieści Danki Braun, ale w najnowszej książce autorce udało się mnie zaskoczyć i to bardzo pozytywnie. Jeśli czytaliście recenzję "Morderstwa przy drodze krajowej 94" zapewne pamiętacie, że obstawałam przy opinii, że Mirka Filera nie da się lubić, że to trudny bohater, egoista, Piotruś Pan itp. i kiedy pojawiły się pierwsze informacje na temat "Gdzie jest Olga" autorka zapowiadała, że tym razem Filera da się polubić. Szczerze mówiąc liczyłam na to, ale szczególnie w to nie wierzyłam, bo byłam przekonana, że jest to postać o tak silnym charakterze, że nie da się go jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki odmienić tak, by pozostał przy tym autentyczny, ale zaczęłam czytać i... przeżyłam szok. Chyba nie doceniłam kreatywności Danki Braun, bo to, co zrobiła z postacią tego nieznośnego Piotrusia Pana to absolutne mistrzostwo świata. Mirek Filer zostawiony samemu sobie, a na dodatek z córką pod opieką, dojrzał i usamodzielnił się, co było dla niego dość bolesnym procesem, za to dla czytelnika- niezwykle komicznym i dzięki temu naprawdę go polubiłam!

     Kolejnym, charakterystycznym elementem książek Danki Braun jest jej poczucie humoru, które szczerze uwielbiam- bardzo kobiece i szalenie inteligentne. Płakałam ze śmiechu czytając o kolejnych zmaganiach Filera z meandrami jakże tajemnej sztuki kulinarnej lub odpowiedziami na błyskotliwe pytania małej Neli. 

     Ale "Gdzie jest Olga", to nie tylko Mirek Filer, to również cała gama drugoplanowych bohaterów, którzy są tak charakterystyczni, że ciężko o nich nie wspomnieć. Moje serce absolutnie skradła Nela- pięcioletnia córka Filera, której ciekawość świata i zmysł obserwacyjny wprawiłby w zakłopotanie niejednego dorosłego. Sympatię budzi też tytułowa Olga, choć jest kobietą nieco naiwną i zagubioną, to ma w sobie to "coś", co sprawia, że czytelnik dopinguje ją i trzyma za nią kciuki do samego końca. Ale pewnie nie byłabym sobą, gdybym się do kogoś nie przyczepiła i nie będę Wam pisać o typowo negatywnych bohaterach, bo nie miałoby to większego sensu, ale warto poświęcić chwilę Małgorzacie Filer czyli matce naszego detektywa. Jak tylko zaczęłam o niej czytać, to pierwszą moją myślą było "No to już wiemy, po kim Filer odziedziczył charakterek", bo pani Małgorzata to bardzo kontrowersyjna postać i w wielu miejscach miałam wrażenie, że zachowuje się dokładnie tak, jak jej syn w poprzedniej części: niesamowicie egoistyczna, zakochana w sobie i bardzo charakterna postać, do której mimo najszczerszych chęci, nie byłam w stanie zapałać jakąkolwiek sympatią.

     "Gdzie jest Olga" to książka, w której każdy znajdzie coś dla siebie: Intrygująca, wciągająca akcja, świetny styl i zabawne dialogi, a do tego cała masa interesujących bohaterów i skomplikowanych relacji międzyludzkich. Danka Braun po  raz kolejny zaserwowała swoim czytelnikom emocjonalny rollercoaster i kilka nieprzespanych nocy- czy można chcieć czegoś więcej? Chyba tylko tego, by podobne książki ukazywały się jak najczęściej!  


Tytuł: "Gdzie jest Olga"
Autor: Danka Braun
Wydawnictwo: Prozami
Data premiery: 11.06.2019r.
Ilość stron: 363
ISBN: 978-83-65897-69-5 





INNE KSIĄŻKI AUTORKI





 
"Nad Śnieżnymi Kotłami"- Krzysztof Koziołek

"Nad Śnieżnymi Kotłami"- Krzysztof Koziołek




     Lubicie czytać książki, których akcja toczy się w miejscach dobrze Wam znanych? Ja uwielbiam, bo dzięki temu mam rzeczywisty obraz opisanych miejsc i czuję się, jakbym podążała wraz z autorem szlakami, uliczkami, które sama przemierzałam dziesiątki, o ile nie setki razy. Dlatego też bardzo chętnie sięgnęłam po książkę Krzysztofa Koziołka, której akcja toczy się, w pobliskiej Szklarskiej Porębie, ale piękna sceneria, to nie jedyny aspekt, który zachęcił mnie do lektury "Nad Śnieżnymi Kotłami"...

     Rok 1939. Asystent kryminalny Anton Habicht zostaje wysłany do zbadania sprawy kradzieży w hotelu górskim Nad Śnieżnymi Kotłami, jednak szybko okazuje się, że drobna kradzież jest najmniejszym problemem, kiedy w grę wchodzi morderstwo, a w sprawę wydają się zamieszani najbardziej wpływowi mieszkańcy Schreiberhau, dodatkowo, kiedy śledztwo wydaje się bliskie zakończenia, pojawiają się kolejne trupy, co jeszcze bardziej komplikuje sytuację w miasteczku.

     Książka utrzymana jest w konwencji kryminału retro, akcja toczy się w sierpniu 1939 roku, a więc tuż przed wybuchem II wojny światowej, kiedy to Karkonosze są częścią Niemiec, a wszyscy mieszkańcy tych terenów żyją zbliżającą się wojną z Polską. 

     Rzadko sięgam po kryminały retro, ponieważ często te stylizacje językowe są bardzo sztuczne i nachalne, jednak Krzysztof Koziołek stanął na wysokości zadania i w bardzo autentyczny sposób odtworzył realia roku '39 ubiegłego wieku, do tego stopnia, że miałam wrażenie, jakbym czytała książkę, która rzeczywiście została wydana kilkadziesiąt lat temu. Już pierwsze zetknięcie z książką jest bardzo przyjemne dla oka, gdyż jest ona naprawdę pięknie wydana. Monochromatyczna okładka z tłoczonymi, złotymi napisami idealnie koresponduje z tematyką powieści. Autor bardzo dokładnie oddał realia XX wieku, w książce obowiązują m.in. niemieckojęzyczne nazwy miejscowości czy ulic, których polskie wersje znajdziemy w przypisach. 

     Sporo miejsca, Krzysztof Koziołek poświęca również aspektom ideologicznym ówczesnych czasów, a więc ideologii nazistowskiej: wyczekiwanie wojny z Polską, wyższość rasy aryjskiej, uwielbienie Hitlera i higiena rasy- to wszystko i wiele więcej znajdziecie w niepozornej, zaledwie 350-stronnicowej książce, a oprócz tego oczywiście wątki kryminalne, a nawet szpiegowskie! 

     Jednak żeby nie było całkiem kolorowo, jest jeden element, który nie przypadł mi do gustu i jest to zakończenie powieści. Osobiście lubię, kiedy historia jest kompletna i zamknięta, a więc po epilogu mam przeświadczenie, że wiem wszystko i otrzymałam odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie zadawałam sobie w trakcie lektury, niestety tutaj zakończenie jest dość otwarte, a wątki nie zostały wyczerpane. Autor zdecydował się zostawić czytelnika z wieloma niedopowiedzeniami i nieco mnie ten aspekt rozczarował.

     "Nad Śnieżnymi Kotłami" to bardzo intrygujący kryminał retro mocno osadzony w realiach '39 roku. Autor wciąga czytelnika w wir zawiłych intryg, jednocześnie ukazując w ciekawy sposób nastroje, jakie panowały wśród Niemców przed wybuchem wojny, a wszystko to osadzone w niezwykle urokliwej scenerii Karkonoszy. Mimo że całość stylizowana jest na pierwszą połowę XX wieku, język jest lekki i bardzo przyjemny w odbiorze. Polecam wszystkim wielbicielom gatunku, gdyż jest to książka zdecydowanie warta uwagi. 


Tytuł: "Nad Śnieżnymi Kotłami"
Autor: Krzysztof Koziołek
Wydawnictwo: Akurat
Data wydania: 20.03.2019r.
Ilość stron: 350
ISBN: 978-83-287-1154-9

Nad Śnieżnymi Kotłami [Krzysztof Koziołek]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
"Nazywają mnie śmierć"- Klester Cavalcanti

"Nazywają mnie śmierć"- Klester Cavalcanti

"Chcecie wiedzieć, jak brzmią najważniejsze przykazania zabójcy?
Po pierwsze: Nie zabijaj ciężarnej.
Drugie: Nie kradnij rzeczy ofiary.
Trzecie: Nie zabijaj innego rewolwerowca.
Czwarte: Żądaj zapłaty przed wykonaniem zlecenia.
Piąte: Nie zabijaj ofiary, kiedy śpi."



  Płatni mordercy- motyw popularny zarówno w filmach, jak i w literaturze, ale co jeśli powiem Wam, że bohater najnowszej książki Klastera Cavalcantiego o jakże intrygującym tytule "Nazywają mnie śmierć", wcale nie jest wytworem wybujałej wyobraźni autora, a scenariusz tej historii napisało samo życie? Poznajcie Julio Santanę- największego płatnego mordercę, który na swoim koncie ma 492 ofiary i... nadal jest na wolności...

   Książka, którą Wam dziś przedstawiam, jest wynikiem blisko siedmioletniego, dziennikarskiego śledztwa Klastera Cavalcantiego, który przez cały ten czas odbył z Julio Santanem kilkanaście rozmów telefonicznych, by dopiero po kilku latach spotkać się z bohaterem swojej książki twarzą w twarz, zdobyć jego zaufanie i zgodę na publikację danych personalnych.

   Julio Santana miał wszelkie predyspozycje by, jak większość swoich rówieśników zostać rybakiem. Pochodzi z dość ubogiej, religijnej rodziny, gdzie od najmłodszych lat uczył się polować, by zdobyć pożywienie. W wieku siedemnastu lat, za namową swojego wuja, dokonał pierwszego zabójstwa i... obiecał sobie, że już nigdy nie pozbawi nikogo życia. Niestety słowa nie dotrzymał, pociągnął za spust jeszcze 491 razy, a wszystkie swoje ofiary spisywał w notesie z kaczorem donaldem na okładce. 

     Zazwyczaj płatni mordercy kojarzą się nam z wyrachowanymi, bezdusznymi maszynkami do zabijania, pozbawionymi empatii i czerpiącymi przyjemności z czyjegoś cierpienia i na tym tyle Julio Santana wypada zaskakująco... normalnie.  Julio Santana nigdy nie przejawiał żadnych skłonności socjopatycznych, mało tego, nawet kiedy pomagał wojsku w tropieniu komunistów, bał się, by nie kazali mu nikogo zabijać. Jak więc dotarł do momentu w swoim życiu, kiedy został rewolwerowcem? Wszystko to za sprawą wuja, który sam był zawodowym zabójcą i po długich namowach wciągnął swojego bratanka w tę niecodzienną profesję. Bo właśnie tak Julio Santana traktował zabijanie ludzi- jako swoją pracę. Zawód- morderca. Nie podchodził emocjonalnie do ofiar, nigdy nie zabił nikogo z pobudek osobistych, traktował to jako zlecenia, po wykonaniu których zawsze  odmawiał " 10 zdrowasiek i 20 ojczenaszów", by Bóg odpuścił mu grzechy i wracał do domu, gdzie z powrotem stawał się kochającym mężem i ojcem.


     Klester Cavalcanti przedstawia w swojej książce cały życiorys Julio Santany: od dzieciństwa, aż do spotkania z nim w jego domu, kiedy do Santana porzucił już pracę rewolwerowca i jak sam o sobie mówi "przeszedł na emeryturę". Cała książka bazuje na wspomnieniach Santany i to co, jest w tej historii najbardziej przerażające to fakt, że Santana potrafi naprawdę wzbudzić sympatię. Autor nie przedstawił Santany jako zimnego, wyrachowanego mordercy, a raczej jako człowieka, który znalazł się w niewłaściwym miejscu i czasie i przez bardzo niefortunny zbieg okoliczności został płatnym mordercą, ale w gruncie rzeczy jest człowiekiem o sporej wrażliwości, bardzo religijnym, dla którego rodzina jest najważniejszą wartością (wszak to dla żony porzucił pracę rewolwerowca), dręczonego przez koszmary.

     W książce pojawia się też kilka brutalnych opisów: począwszy od skórowania zwierząt, przez opisy tortur komunistów, po morderstwa, a wszystko to jest napisane w tak sugestywny, szczegółowy sposób, że momentami zaczęłam odczuwać mdłości, tak więc, jeśli jesteście wrażliwi na drastyczne opisy- uważajcie i przygotujcie się psychicznie do tej lektury.


      "Nazywają mnie śmierć" to książka będąca świetnym przykładem doskonale wykonanej pracy dziennikarza śledczego. Klaster Cavalcanti serwuje czytelnikom prostą, prawdziwą, a przez to jeszcze bardziej wstrząsającą historię człowieka, który pozbawił życia blisko pięćset osób, a przy tym nadal pozostał czułym, kochającym i wierzącym człowiekiem, takiej historii nie wymyśliłby żaden człowiek, taki scenariusz mogło napisać jedynie samo życie... Autor podszedł do tematu w zupełnie nowy, świeży  sposób, dzięki czemu książka robi piorunujące wrażenie, dlatego zdecydowanie polecam, ale ostrzegam, to nie jest lektura, którą łatwo będzie Wam wyrzucić z głowy... 
        


Tytuł: "Nazywają mnie śmierć"
Autor: Klester Cavalcanti
Tłumaczenie: Joanna Kuhn
Wydawnictwo: Muza
Data premiery: 24.04.2019r.
Ilość stron: 318
ISBN: 978-83-287-0734-4
"Atlantycka Konspiracja"- Maciej Makarewicz

"Atlantycka Konspiracja"- Maciej Makarewicz

 
     Thriller z wątkiem historycznym... lubicie takie klimaty? Dla mnie to taki trochę powrót do korzeni, bo to za sprawą króla gatunku- Dana Browna odrodziła się moja miłość do książek, skrzętnie tłumiona przez większość lektur szkolnych. I zawsze, przy każdej nadarzającej się okazji chętnie sięgam po tego typu powieści, dlatego z olbrzymią przyjemnością zatraciłam się w lekturze nowej książki Macieja Makarewicza- "Atlantycka Konspiracja"





      Maciej Makarewicz- pilot wycieczek, przewodnik, autor artykułów do magazynu "Focus Historia", miłośnik starodawnych map i zagadek historycznych i właśnie z tej miłości zrodziła się jego książka, w której pokazuje on alternatywną wersję XV-wiecznych wypraw morskich i wpływów Templariuszy. 

     Kiedy Rory Fallon- specjalista w dziedzinie starodawnej kartografii- odsłuchuje na swojej skrzynce pocztowej tajemniczą i nieco przerażającą wiadomość od profesora dom Joao, nie podejrzewa nawet, w jaki wielkie tarapaty wpakuje się, ruszając na pomoc znajomemu. Za sprawą pozostawionych mu wskazówek Fallon przemierza urokliwe zakątki Portugalii, odkrywa kolejne tajemnice  przeszłości i ściga się z czasem, by uratować profesora. Jednak, żeby nie było tak łatwo, nie będzie w swoich poszukiwaniach osamotniony, spotka na swojej drodze między innymi: siostrzenicę dom Joao, pracownicę departamentu ds. dziedzictwa, ambasadora Portugalii w Watykanie, słynnego portugalskiego biznesmena oraz maltańskiego namiestnika. Mimo wspólnego celu każdy z nich będzie kierować się innym motywem i jak zazwyczaj bywa- nie wszyscy z nich będą stali po jasnej stronie mocy...

     Jeden Zakon, jeden skarb i wielu chętnych, by go odnaleźć. Tak, w dużym skrócie można przedstawić wszystkie powieści opierające się na wątku zaginionego skarbu Templariuszy, bo nie jest to temat nowy. W wielu podobnych powieściach przewija się wątek tajemniczego, zaginionego skarbu, jednego z najpotężniejszych Zakonów Rycerskich, jednak Maciej Makarewicz poszedł o krok dalej i przedstawia ów skarb od nieco innej strony, nadając mu przez to zupełnie nowe i bardzo zaskakujące znaczenie. Nie zdradzę Wam, czym jest ów skarb, żeby nie zepsuć Wam niespodzianki, ale powiem Wam jedno... takiego obrotu sprawy, z pewnością się nie spodziewacie...

    Mimo że fabuła książki jest naprawdę interesująca, nie jest to książka na jeden wieczór, gdyż momentami autor posługuje się dość skomplikowanych językiem. Dodatkowo znajdziecie w książce sporo odniesień do historii Portugalii, okresu odkryć geograficznych oraz Zakonu Templariuszy, dlatego osobiście polecam Wam, podzielić sobie lekturę na kilka dni, by się nią nacieszyć, a nie namęczyć. 

     To, co mnie lekko nużyło w lekturze to początek. Akcja rozwija się bardzo powoli. W pierwszych rozdziałach poznajemy mnóstwo bohaterów, ale nie wiemy, o co tak właściwie chodzi w całości. Cała historia zostaje wytłumaczona dopiero później i początkowo miałam z tyłu głowy myśl: "No dobra, ale do sedna.", jednak w momencie, kiedy akcja nabierze już tempa, nie zwalnia aż do samego końca, a każdy kolejny rozdział zaskakuje czytelnika kolejnymi niespodziankami. 

     "Atlantycka Konspiracja" to bardzo intrygująca powieść łącząca w sobie wątki historyczne z fikcją literacką. Autor ma sporą wiedzę na tematy, które porusza i przedstawia bardzo dokładnie wszystkie wątki. 
     Tajemnice, zagadki, poszlaki i nieoczekiwane zwroty akcji- czyli to, czego oczekuję od tego typu powieści i właśnie to wszystko znajdziecie w książce Macieja Makarewicza, który "Atlantycką Konspiracją" z przytupem wkracza na rynek polskich thrillerów historycznych. Nie powiem Wam, że jest to nasz Dan Brown, bo tym tytułem już jakiś czas temu okrzyknęłam Leszka Hermana i będę w tym konsekwentna, ponieważ uważam, że Maciej Makarewicz jeszcze nie osiągnął tego samego poziomu, ale biorąc pod uwagę, że jest to jego pierwsza książka, to zapowiada się, że Leszkowi Hermanowi rośnie naprawdę poważna konkurencja i z niecierpliwością czekam na kolejne książki Makarewicza, a wam, polecam udać się do księgarni, w poszukiwaniu "Atlantyckiej Konspiracji", bo naprawdę warto.     




Tytuł: "Atlantycka Konspiracja"
Autor: Maciej Makarewicz
Wydawnictwo: Replika
Data premiery: 14.05.2019r.
Ilość stron:463
ISBN: 9788366217218


Z innej beczki #2 "Tylko nie mów nikomu"- co sądzę o budzącym kontrowersje filmie braci Sekielskich

Z innej beczki #2 "Tylko nie mów nikomu"- co sądzę o budzącym kontrowersje filmie braci Sekielskich

O tym, że Tomasz Sekielski wraz z bratem kręcą film na temat pedofilii w Kościele wiadomo było od dawna, zbierali nawet na ten cel fundusze na Patronite, dzięki czemu udało im się zrealizować film. I oto 11-go maja 2019r. wybucha bomba. Film zadebiutował na Youtube. Tak po prostu. Z pominięciem kina, telewizji, całej tej machiny dystrybucyjnej, tak, by dotarł do jak największej liczy odbiorców i trzeba przyznać udało się to doskonale, bo w  24 godziny film osiągnął ponad 3 miliony wyświetleń!




To nie jest lekki film. To mocy dokument, który moim zdaniem powinien obejrzeć absolutnie każdy, nie tylko osoby o poglądach antyklerykalnych, ale przede wszystkim Ci katolicy, którzy są realnie uczestniczą w życiu Kościoła. Bo można było zignorować film "Kler", który był jednak formą artystycznego wyrazu, wizji reżysera itd., ale nie można zignorować filmu dokumentalnego, w którym dowody na tuszowanie pedofilii podane są nam na tacy...


Problem pedofilii istnieje od lat i nie chodzi tutaj (wbrew temu jaką linię obrony obrała po premierze filmu część księży), żebym wmawiać ludziom, że pedofilia istnieje tylko w Kościele. Absolutnie nie! Istnieje w każdej grupie zawodowej. Chodzi o to, że księża w swoim hermetycznym środowisku udają, że problem ich nie dotyczy, że wykorzystują swój autorytet i chroniąc tych zwyrodnialców sami stają się współwinni bo dają temu przyzwolenie. Każdy "zwyczajny" człowiek, który dopuści się nadużyć seksualnych od razu ma postawione zarzuty, staje przed sądem i jest zamykany. Taka jest kolej rzeczy i tak powinno to wyglądać w KAŻDYM przypadku. Tymczasem pojawia się taka grupa jak księża, która mówi: "Nie, nie, nie. To jest wewnętrzna sprawa Kościoła. Wy się w to nie mieszajcie, my się tym sami zajmiemy". Po czym wysyła oskarżonego o pedofilię księdza na inną, odległą parafię, żeby sprawa ucichła. Zdajecie sobie sprawę, że ofiary księży-pedofili, które zgłosiły sprawę do kurii nie mają wglądu w dalszy przebieg postępowania? Nie dostają konkretnej odpowiedzi, jak została zakończona sprawa? W Kościele, wszystko jest utajnione. 

To, co w całym filmie na mnie zrobiło największe wrażenie to konfrontacja ofiar z ich oprawcami. Szczerze? Nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić, ile trzeba mieć w sobie siły by po kilkunastu czy kilkudziesięciu latach stanąć twarzą w twarz ze swoim oprawcą i zapytać "Dlaczego?", a właśnie tego typu sceny ukazane są w filmie, dlatego nawet ludzie, którzy dotychczas nie wierzyli w pedofilię w Kościele, muszą przejrzeć na oczy w momencie, gdy widzą księdza, który wprost się do tego przyznaje, mówiąc nawet do swojej ofiary: "Nie byłaś jedyna, było ich więcej". 

Najbardziej niepojętym dla mnie jest to, jak Ksiądz, który teoretycznie powinien świecić przykładem, chroni drugiego księdza-pedofila. Bo co, bo kolega? Na litość Boską gdzie wasze sumienia? Jak możecie siedzieć spokojnie z różańcem w ręku wiedząc, że za ścianą jeden z Was wykorzystuje dziecko? I nie, nie wierzę w tłumaczenia w stylu "ja nic nie wiedziałem". Szczerze? Od razu kojarzy mi się to z sytuacjami kiedy np. mężczyzna zamorduje żonę czy dziecko, przyjeżdżają dziennikarze pod dom i wychodzi jeden sąsiad z drugim mówiąc: "Ojej no taka tragedia, a taki grzeczny był, zawsze dzień dobry mówił". To teraz pomyślcie: Mieszkacie w kamienicy, lub bloku, ściany są cienkie i co, nie słyszycie awantury za ścianą? Nie słyszycie płaczu, krzyku czy tłuczonego szkła? Bo ja mieszkam w kamienicy i słyszę wszystko: słyszę jak sąsiad ma gości, słyszę jak sąsiadka odkurza, jak wbija gwoździe, jak dzieci płaczą lub biegają, więc do cholery nie róbcie z ludzi idiotów twierdząc, że nic nie widzicie i nic nie słyszycie, bo to tylko i wyłącznie wasza ignorancja i wasza współodpowiedzialność! 

Dziś rano, weszłam na kilka portali gdzie zobaczyłam oświadczenia na temat filmu  Abp. Polaka i Abp. Gądeckiego, gdzie to wyrazili ubolewanie nad wydarzeniami przedstawionymi w filmie. Tyle tylko, że w trakcie realizacji "Tylko nie mów nikomu" poproszono ich o udział w nim. Odmówili. Poza tym te przeprosiny już chyba słyszeliśmy, kilka miesięcy temu. I co z tego wynikło? Nic. (Ale i tak zawsze to lepsze niż abp. Głódź, który zapytany o film i o to, czy wiedział o ks. Cybuli opowiedział, że: "Nie ogląda byle czego". Brawo! Piękne świadectwo podejścia do problemu. Nic dodać nic ująć.)

Więc zamiast ubolewań i kolejnych jałowych przeprosin, myślę, bardziej przydałyby się wyjaśnienia:
Jak to możliwe, że Ksiądz, który ma sądowy zakaz pracy z dziećmi prowadzi dla nich rekolekcje?
Jak to jest możliwe, że Księża oskarżeni o pedofilię są przerzucani z parafii na parafię i nie wyciąga się wobec nich żadnych konsekwencji?
Dlaczego kuria nie zgłasza przypadków podejrzenia o pedofilię do prokuratury?
Jak to możliwe, że ksiądz, który został wydalony ze stanu kapłańskiego przez papieża Franciszka, blisko rok później jest spotkany na procesji w szatach liturgicznych? 
I w reszcie jakie sankcje Kościół zamierza wyciągnąć wobec tych księży, którzy pomagali kryć pedofilów? 

I gdyby znalazł się jeden, jedyny biskup, który wyszedłby sam do dziennikarzy i bez (za przeproszeniem) pieprzenia o grzechu pierworodnym, kuszeniu przez szatana i miłosierdziu odpowiedział konkretnie i merytorycznie na tego typu pytania to naprawdę zyskał by mój szacunek (i myślę, że większości społeczeństwa również). 

Ale jest w tej historii jeszcze jeden ciekawy, a zaraz bardzo przykry wątek. I wiem, że wzbudzi on pewnie kontrowersje, ale niestety prawda jest prawdą bez względu na to kogo dotyczy. Mowa o dwóch wybitnych polakach, którzy zapisali się na kartach historii z najlepszej strony, ale niestety nie w tym przypadku. 
Lech Wałęsa i Jan Paweł II. Tak, zdaję sobie sprawę, że dla większości z nas są to postacie nietykalne, ale tego, że przez lata chronili księży-pedofili wybaczyć im nie można. Jeśli chodzi o Lecha Wałęsę, to nie będę tutaj rozwodzić się nad tematem ks. Jankowskiego, bo nie o nim jest ten film. Mowa raczej o ks. Cybuli, za którym Lech Wałęsa jeszcze niedawno stał murem, a który jest jednym z bohaterów filmu gdzie wprost przyznaje się do molestowania chłopca, mało tego nie okazuje nawet skruchy, wchodzi bardziej w narrację w stylu "Przecież to były takie żarty", "Ty też chciałeś" itp. 
Pewnie część z Was zastanawia się, co z całym tym bagnem ma wspólnego nasz papież. A czy wiedzieliście, że do 2001 roku obowiązywała tajna instrukcja dotycząca tego, w jaki sposób tuszować przypadki pedofilii? 20 lat pontyfikatu nie zrobił z tym absolutnie nic... Cóż nawet Święty nie jest to końca święty...

Po obejrzeniu filmu zaczęłam czytać komentarze pełne zgorszenia, oburzenia, zdziwienia. Może jestem już zgorzkniała ale wiecie co? Mnie ten film, wcale aż tak nie zszokował. Ja po polskim Kościele wcale nie spodziewałam się niczego lepszego. Temat ukrywania pedofilii w Kościele nie pojawił się wczoraj, istnieje od dawna, tyle tylko, że bracia Sekielscy pokazali niedowiarkom czarno na białym dowody. Mam wrażenie, że to nie film jest kontrowersyjny. Kontrowersyjne jest samo zjawisko oraz to, że spora część społeczeństwa nadal nie dopuszcza do siebie takiej myśli i woli wierzyć Kościołowi niż ofiarom. Co nie zmienia faktu, że panowie Sekielscy zrobili kawał dobrej roboty, bo film jest zrobiony w bardzo wyważony sposób. Nie jest to pogoń za tanią sensacją. Autorzy wykazali się pełnym wyczuciem i zrozumieniem dla ofiar, a jednocześnie, wbrew temu, co twierdząc niektórzy księża- nie jest ani agresywny, ani jednostronny. Film pokazuje gołe fakty, księża dostali swoją szansę na "obronę" a to na ile ją wykorzystali, cóż każdy może wyciągnąć swoje wnioski...



Jeśli ktoś nie oglądał jeszcze filmu, bardzo was do tego zachęcam i zapraszam na kanał Tomasza Sekielskiego:

https://www.youtube.com/watch?v=BrUvQ3W3nV4





"Czterdzieści minus"- Katarzyna Kostołowska

"Czterdzieści minus"- Katarzyna Kostołowska




     Kobieca przyjaźń- motyw równie popularny w literaturze kobiecej, co rzadko spotykany w rzeczywistości. Niestety, ale nie odkryję Ameryki, jeśli powiem, że przyjaźni powinnyśmy uczuć się od mężczyzn. My- kobiety mamy skłonność do poświęcania przyjaźni "na rzecz" miłości i w efekcie nasze życie często kręci się tylko wokół związku, poza tym jesteśmy z natury zazdrosne i mamy problemy ze szczerością, przez co nasze "przyjaźnie" z góry budowane są na nieco fałszywych fundamentach. Mężczyźni tego błędu nie popełniają i potrafią dużo lepiej podtrzymywać przyjacielskie relacje. Jednak wśród kobiet również zdarzają się wyjątki i właśnie o takiej, wyjątkowej, prawdziwej kobiecej przyjaźni jest debiutancka powieść Katarzyny Kostołowskiej pt. "Czterdzieści minus".

     Aneta, Aśka, Karolina i Magda- cztery kobiety, cztery żywioły, cztery różne temperamenty i osobowości, które łączy jedno- prawdziwa kobieca przyjaźń. Poznajemy bohaterki, kiedy ich liczniki nieubłaganie zbliżają się do czterdziestki, mimo tego, żadna z nich nie ma w pełni uporządkowanego życia: Aneta, która jako jedyna może pochwalić się szczęśliwym związkiem, musi uporać się z problemami finansowymi, gdyż jej czekoladziarnia przynosi więcej strat niż zysków. Aśka przeżywa zawód miłosny po tym, jak porzucił ją kochanek. Mąż Magdy i ojciec jej nowo narodzonego dziecka okazuje się gejem, a życie uczuciowe Karoliny praktycznie nie istnieje. Jeśli dodamy do tego problemy w pracy, to otrzymamy cztery podłamane kobiety, które od nowa próbują poukładać sobie życie i zapewne wyszedłby z tego niezły melodramat, gdyby nie fakt, że to nie są zwyczajne kobiety, bo poczucia humoru, dystansu do świata i wzajemnego wsparcia mogłaby im pozazdrościć niejedna z nas...


     "Czterdzieści minus" to literacki debiut Katarzyny Kostołowskiej, która dotychczas publikowała swoje opowiadania w kobiecych czasopismach i widać, że pisze nie od wczoraj, ponieważ jej styl jest bardzo dopracowany i przejrzysty. Autorka posługuje się prostym językiem, ma bardzo lekkie pióro, dzięki czemu jest to idealna lektura na wieczór po ciężkim dniu. Bohaterki są kobietami z krwi i kości, mają swoje wady, popełniają błędy, czasami robią kompletne głupoty, ale są w tym wszystkim autentyczne i to ceni się najbardziej, bo czytając perypetię tej czwórki, możecie poczuć się, jak na spotkaniu z najlepszymi przyjaciółkami.

      Nie będę Wam wmawiać, że jest to uniwersalna lektura dla każdego. Nie, nie jest. Jest to typowo kobieca lektura, która pozwoli Wam oderwać się od codzienności i najzwyczajniej w świecie zrelaksować- tylko tyle, albo aż tyle.


     Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to jak dla mnie... brak momenty kulminacyjnego. Co prawda w życiu każdej z bohaterek następuje jakiś przełom, jednak brakuje mi tutaj jednego, konkretnego momentu z efektem "wow", który stanowiłby punkt zwrotny w całej powieści, wspólny dla wszystkich bohaterek.


     "Czterdzieści minus" to powieść o kobietach i dla kobiet, ciepła, zabawna, pokazująca siłę kobiecej przyjaźni, gwarantuje idealny odpoczynek po ciężkim dniu i dużą dawkę poczucia humoru. Zdecydowanie polecam, bo jest to świetna lektura dla każdej kobiety, nie tylko dla tej zbliżającej się do czterdziestki;)

   

Tytuł: "Czterdzieści minus"
Autor: Katarzyna Kostołowska
Wydawnictwo: Książnica
Data premiery: 03.04.2019r.
ISBN: 978-83-245-8361-4




     
Z INNEJ BECZKI #1- Krwidawstwo i DKMS czyli obalamy mity

Z INNEJ BECZKI #1- Krwidawstwo i DKMS czyli obalamy mity

Moi drodzy, dziś pierwszy post z zapowiadanej przeze mnie serii "Z innej beczki", w której będą pojawiać się przeróżne tematy niezwiązane z literaturą. Będą moje luźne przemyślenia na konkretne tematy, relacja z jakiś wydarzeń, ciekawe miejsca i produkty warte polecenia. Długo zastanawiałam się, jaki temat wziąć na tapetę na otwarcie cyklu i znalazłam coś, co dla mnie jest ważne i uważam, że są to kwestie, o których warto mówić, a mianowicie... krwiodawstwo i dawstwo szpiku.


Zacznijmy od krwiodawstwa.
Oddaję krew od jakiegoś czasu z większą lub mniejszą regularnością, bo niestety często jest tak, że krwi zwyczajnie oddać nie mogę. Bardzo często okazuje się, że albo mam za niską hemoglobinę, albo ciśnienie. A wtedy krwi nie oddacie.
I tutaj już na wstępie mamy do obalenia mit nr 1. - NIKT NIE POBIERZE WAM KRWI KOSZTEM WASZEGO ZDROWIA.
Często słyszę, stwierdzenia, że pracownicy Centrum Krwiodawstwa przymykają oko na złe wyniki byle tylko pobrać komuś krew. Nie. Tak nie ma. Obostrzenia są bardzo skrupulatnie określone i tego się przestrzega. Dla przykładu: wystarczy, że masz o 0,1 za niską hemoglobinę i nikt Ci krwi nie pobierze, to samo tyczy się ciśnienia, przyjmowanych leków i całej reszty wytycznych. Wielokrotnie będąc w krwiobusie słyszałam teksty w stylu: "Nie kosztem własnego zdrowia". I tak właśnie jest. Co do całej procedury to ja zawsze oddaję krew w krwiobusie, gdyż u mnie w żadnym szpitalu w okolicy krwi oddać nie można, więc powiem Wam jak to wygląda w ich przypadku (choć podejrzewam, że w centrach krwiodawstwa procedura wygląda tak samo, co najwyżej warunki są nieco bardziej komfortowe,
bo sam krwiobus to nic innego jak przerobiony, odpowiednio dostosowany autobus, w którym niestety często zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym jest nieznośnie gorąco przez co ludzie czasami słabną już na wstępie, ale to już kwestia konkretnej ekipy, więc może tylko u mnie tak jest.) Na wstępie dostajecie do wypełnienia dość obszerną ankietę, która ma na celu weryfikację, czy możecie danego dnia oddać krew, następnie sprawdza się hemoglobinę, a na sam koniec czeka Was krótka wizyta u lekarza. Jeżeli wszystko jest w porządku, to zostajecie zaproszeni na fotel, gdzie  jest już pobierana krew. Jeśli chcecie znać moje odczucia, to nie będę Wam słodzić, że nawet się tego nie odczuwa, że jest super miło i przyjemnie, bo jest to w końcu pobranie krwi ( a raczej nie jest to najprzyjemniejsza rzecz pod słońcem, ale bez przesady welflon jak welflon), ale organizm może na dobrą sprawę za każdym razem zareagować inaczej. Raz poszłam i w zasadzie naprawdę nie czułam żadnych negatywnych skutków, a innego razu nie mogła dojść do domu, bo stale kręciło mi się w głowie. Dodatkowo na dzień oddania krwi nie powinniście planować żadnych intensywnych zajęć, gdyż organizm jest osłabiony, dlatego też po oddaniu krwi ZAWSZE przysługuje Wam dzień wolnego od pracy. I uwaga! Nie jest to zwolnienie chorobowe, jak często mylnie myślą ludzie, jest to tzn. nieobecność usprawiedliwiona płatna 100 %, więc do wynagrodzenia liczona jest tak samo, jak dzień pracujący.
Ostatni już i chyba najgłupszy mit brzmi: "Jak już raz się odda krew, to trzeba oddawać całe życie, bo organizm będzie jej za dużo produkował". Co za bzdura! Skąd się to w ogóle wzięło? Może gdyby ktoś oddawał krew co tydzień to faktycznie by tak było, ale takiej opcji nie ma, w ciągu roku kobieta może oddać krew maksymalnie 4 razy, a mężczyzna 6 razy i koniec, choćbyście chcieli, to więcej krwi nie oddacie.
Tak to wygląda moim okiem, jednak to co najważniejsze, to ogromna satysfakcja, dlatego zachęcam każdego, bo uważam, że mimo drobnych niedogodności- naprawdę warto, bo nic was to nie kosztuje, a możecie pomóc, zwłaszcza, że krwi, nie da się zastąpić...



Druga akcja, w którą jestem poniekąd zaangażowana to DMKS czyli dawcy szpiku. Nie byłam nigdy dawcą, jestem zarejestrowana jako potencjalny dawca od prawie siedmiu lat, jednak dotychczas nie pojawił się żaden potencjalny biorca, więc jak wygląda pobieranie szpiku wiem tylko z teorii i taką też Wam przedstawię, ale zacznijmy od rejestracji. Opcje są dwie: możecie udać się w miejsce gdzie jest akurat organizowany Dzień Dawców Szpiku i tam wolontariusze pomogą Wam i odbiorą wasze zgłoszenie. Takie akcje organizowane są coraz częściej, więc nawet w małych miastach możecie na nie trafić. Ale jest też druga opcja: Wchodzicie na stronę DKMS: https://www.dkms.pl/pl/zostan-dawca zamawiacie pakiet rejestracyjny, który przychodzi na Wasz adres. Będzie tam kwestionariusz wraz z pałeczkami do zrobienia wymazu oraz koperta z adresem zwrotnym. Gotowy pakiet pakujecie w załączoną kopertę, wrzucacie do skrzynki pocztowej i gotowe. W obu przypadkach w ciągu kilku tygodni powinniście otrzymać kartę potencjalnego dawcy, która jest potwierdzeniem rejestracji waszej osobowy w bazie DKMS.
UWAGA! To że zgłosiliście się, nie oznacza, że ktoś odezwie się do was w ciągu kilku miesięcy, możecie otrzymać telefon po kilku latach dlatego bardzo ważne jest, żeby aktualizować swoje dane kontaktowe! (możecie zrobić to m.in. przez stronę internetową DKMS)

I tutaj jeśli chodzi o mity, to jest już jazda bez trzymanki. Nie wiem skąd to się bierze, ale byłam kiedyś wolontariuszem podczas Dni Dawców i przez 2 dni dziesiątki o ile nie setki razy musiałam odpowiadać na pytanie:" Czy szpik pobiera się z kręgosłupa?" NIE! ABSOLUTNIE NIE!

80 % pobrań szpiku odbywa się z krwi obwodowej. Wygląda to tak, że przez 5 dni dawca przyjmuje naturalny czynnik wzrostu G-CSF, dzięki czemu zwiększa się ilość komórek macierzystych we krwi. Natomiast jeśli chodzi o samo pobranie, to z jednej ręki krew jest pobierana, przefiltrowana przez specjalną maszynkę, która separuje komórki macierzyste i krew wraca do organizmu poprzez drugą ręką.

Pozostałe 20 % to pobrania z talerza kości biodrowej. Jest to o tyle bardziej inwazyjne, że zabieg wykonywany jest pod narkozą. Szpik pobiera się poprzez nakłucie specjalną igłą z talerza kości biodrowej (nie z rdzenia kręgowego!) I w tym wypadku dawca przez około 2-3 dni musi być hospitalizowany. A szpik regeneruje się całkowicie w czasie około 2 tygodni.

Na dziś to tyle ode mnie, mam nadzieję, że jeśli zastanawialiście się czy warto, to rozwiałam Wasze wątpliwości, bo pomagać warto zawsze, zwłaszcza, że nie wszystko da się kupić i nie wszystko można wyprodukować, zarówno w kwestii krwi, jak i szpiku jedyne co może pomóc to szczerza, bezinteresowna chęć pomocy, a ta jest bezcenna;)

Jeżeli macie jeszcze jakieś pytania piszcie śmiało w komentarzach!

 
KONKURS: "Dwanaście warunków Pani Prezes" z dydykacją od autorki!

KONKURS: "Dwanaście warunków Pani Prezes" z dydykacją od autorki!

Witajcie moi drodzy, obiecałam konkurs i oto i on. Nagroda jest wyjątkowa, bo jest nią egzemplarz książki "Dwanaście warunków Pani Prezes" Marty Mildy (>recenzja<) z imienną dedykacją od autorki! A tego moi drodzy nie kupicie w żadnej księgarni:)




Zadanie jest bardzo proste i myślę, że przyjemne...

Marta- tytułowa Pani Prezes z książki Marty Mildy to kobieta o bardzo twardym charakterze, dlatego też pytanie konkursowe brzmi:


JAKA JEST TWOJA ULUBIONA KOBIECA BOHATERKA LITERACKA
"Z CHARAKTERKIEM"
?
(interpretacja absolutnie dowolna)


 Na wasze zgłoszenia czekam do 10 maja do północy! 



Regulamin konkursu:
  1. W konkursie mogą wziąć udział wszystkie osoby posiadające adres do korespondencji na terenie Polski. 
  2. Organizatorem konkursu jest autorka bloga www.ksiazkoholiczka94.blogspot.com
  3. Sponsorem nagrody jest autorka książki "Dwanaście warunków Pani Prezes"- Marta Milda.
  4. Za wysyłkę nagrody odpowiada jej sponsor.
  5. Konkurs trwa od 03.05.2019r. do 10.05.2019r. do północy.
  6. Aby wziąć udział w konkursie należy wykonać zadanie konkursowe w komentarzu pod tym postem.
  7. Wyniki zostaną ogłoszone w ciągu siedmiu dni od dnia zakończenia konkursu.
  8. Zwycięzca konkursu ma obowiązek skontaktować się ze mną drogą mailową na adres: sandra.galka94@gmail.com w celu podania danych do wysyłki w ciągu maksymalnie 3 dni, jeśli tego nie zrobi, po tym czasie zostaniem wyłoniony nowy zwycięzca. 
  9. Zwycięzca konkursu automatycznie wyraża zgodę na przekazanie jego danych osobowych. (imienia, nazwiska i adresu) sponsorowi nagrody w celu jej wysyłki.
  10. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.)
  11. Zgłoszenie swojego udziału w konkursie jest równoznaczne z akceptacją powyższego regulaminu oraz w przypadku wygranej z wyrażeniem zgody na przetwarzanie danych osobowych celem ogłoszenia wyników konkursu. 

 
"Dwanaście warunków Pani Prezes"- Marta Milda

"Dwanaście warunków Pani Prezes"- Marta Milda

"-A nie chciałbyś czasami zrozumieć, o czym myślą kobiety? Czego pragną albo o czym marzą tak naprawdę, tak w sercu? W środku? (...)
-Ale właściwie po co? No coś ty! Co ty, stary? Nikt normalny przecież ich nie zrozumie."





     On- dwudziestoletni, biedny student historii z głową pełną marzeń i ideałów i romantyczną duszą, na co dzień pracujący w myjni samochodowej. Ona- dojrzała, czterdziestoletnia businesswoman: władcza, wyrachowana i zimna jak lód Pani Prezes... to nie może skończyć się happy end'em... a może jednak? 

     Powieści erotyczne z wątkiem BDSM to książki, po które sięgam bardzo rzadko bo, niestety większość z nich jest na pograniczu śmieszności jak chociażby najpopularniejsza seria E.L.James- "Pięćdziesiąt twarzy Greya" (>recenzja<) i przed rozpoczęciem lektury "Dwunastu warunków Pani Prezes" również towarzyszyła mi taka obawa, ale z jakiego powodu postanowiłam zaryzykować. Czy było warto? Tak. Czy ta książka zachęciła mnie do sięgania częściej po książki o podobnej tematyce? Nie. 

       Ale zacznijmy od fabuły...

     Michał- młody student, dorabiający w myjni samochodowej poznaje niezwykle elegancką i pociągającą  Martę- tytułową Panią Prezes. Kobieta słynąca z tego, że zawsze dostaje to, czego chce proponuje chłopakowi układ, który początkowo oburza Michała, jednak po chwili zastanowienia postanawia skorzystać z oferty Pani Prezes, tym bardziej, że Marta fascynuje go... Niestety sytuacja wymyka się spod kontroli, gdy pojawiają się uczucia, tym bardziej, że Pani Prezes nie jest osobą, która pozwoli sobie, by rządziły nią emocje...


         "Dwanaście warunków Pani Prezes" jest debiutem literackim Marty Mildy i niestety, w niektórych aspektach jest to widoczne. Jeśli patrzeć na ogół, to język autorki nie jest zły, pisze spójnie, potrafi zaciekawić, ale są dwa elementy, które podczas lektury okropnie mi przeszkadzały, a wręcz irytowały. Pierwszy z nich jest dźwiękonaśladownictwo, z którym zawsze trzeba bardzo uważać, a w tym przypadku czytając np."hi hi" miałam ochotę wydłubać sobie oczy. Drugim aspektem, który nie jest co prawda aż tak drażniący, ale według mnie kompletnie niepotrzebny i utrudnia czytanie jest olbrzymia ilość przymiotników. Nie zrozumcie mnie źle: przymiotniki w powieściach są potrzebne, wręcz niezbędne żeby przedstawić czytelnikowi wykreowaną rzeczywistość, ale co za dużo to nie zdrowo, a miejscami wygląda to tak, że przed jednym rzeczownikiem mamy trzy przymiotniki i schemat ten powtarza się co drugą linijkę- dla mnie, to zdecydowanie za dużo. 

           Na szczególną uwagę zasługują bohaterowie, którzy wykreowani są w naprawdę ciekawy sposób. Mimo że oboje są postaciami skrajnymi, to bez większych trudności zaskarbiają sobie sympatię czytelników, zarówno władcza, twardo stąpająca po ziemi i wydawałoby się pozbawiona uczuć Marta jak zawzięty Michał, choć akurat w jego wypadku jest jedna cecha, która mi osobiście przeszkadzała, a mianowicie jego płaczliwość, bo niestety płacze praktycznie co drugą stronę i kiedy kolejny raz czytałam jak to wrażliwy Michał roni łzy to jedynie znudzona przewracałam oczami.

         Mimo że książka nie jest idealna, to czyta się ją naprawdę dobrze, autorce udało się uniknąć śmieszności, co w tego typu powieściach jest nie lada wyzwaniem, sceny erotyczne napisane są ze smakiem, a wątek obyczajowy nadaje całości pewnej lekkości i sprawia, że bohaterowie wydają się bardziej autentyczni. Co prawda podczas lektury ciężko pozbyć się porównań do "Pięćdziesięciu twarzy Greya", ale jest do zdecydowanie lepsza wersja, więc E.L. James mogłaby się sporo nauczyć od Marty Mildy.

         "Dwanaście warunków Pani Prezes" to elektryzująca, nieco perwersyjna powieść z charakterem, która mimo że nie jest pozbawiona wad, to na swój sposób urzeka czytelnika i wciąga w świat  wykreowany przez autorkę. To nie tylko erotyk z wątkiem BDSM, to również, a może przede wszystkim, opowieść o pogmatwanych relacjach międzyludzkich i skutkach braku odpowiedniej komunikacji, dlatego polecam, bo jest zdecydowanie warta przeczytania. 



Tytuł: "Dwanaście warunków Pani Prezes"
Autor: Marta Milda
Wydawnictwo: Novae Res
Data wydania: 11.02.2019r.
Ilość stron: 478
ISBN: 978-83-8147-301-9
"Inna tajemnica wiary"- Andrzej Selerowicz

"Inna tajemnica wiary"- Andrzej Selerowicz

"Kościół okazał się dla mnie bagnem- tajemniczym, wciągającym, niepozbawionym pewnego uroku, ale w sumie cholernie niebezpiecznym."




      Kościół. Temat- rzeka, który chyba nigdy się nie znudzi. Tylko co tak naprawdę widzimy, myśląc "Kościół"? Sceny z Biblii, Przykazania Boże czy też piękne bogate budowle i nierzadko wątpliwej moralności Księży? Cóż, Kościół jako instytucja ma tylu gorliwych zwolenników, co zagorzałych przeciwników i ani ta recenzja, ani nawet sama książka, o której chcę Wam dziś opowiedzieć, nie wpłynie na opinię ani jednych, ani drugich i zdaję sobie z tego sprawę, ale może warto czasami poznać drugą stronę medalu? Jeśli jesteście gotowi wyjść ze swojej strefy komfortu i zobaczyć drugą twarz Kościoła zapraszam Was na "Inną tajemnicę wiary" Andrzeja Selerowicza.

     Głównym bohaterem powieści jest Paweł- były ksiądz, który zmęczony życiem w hermetycznym klerykalnym środowisku porzuca sutannę na rzeczy niezależności i spokoju sumienia. Jednak zanim to nastąpi, przeprowadzi nas przez wszystkie etapy swojego życia, pokazując jak naprawdę wygląda Kościół od podszewki. 

     Sam Paweł do świętych z pewnością nie należy, już decyzja o wstąpieniu do seminarium podyktowana była raczej chłodną kalkulacją i chęcią wygodnego życia aniżeli powołaniem. Paweł jest gejem i na dobrą sprawę chyba właśnie orientacja seksualna jest tym, co przeszkadza mu we własnym życiu najbardziej, gdyż początkowo czuje się "inny", jednak już w seminarium uświadamia sobie, że w zasadzie połowa jego klerykalnego środowiska jest homoseksualna, a celibat wydaje się, być co najwyżej legendą, ale cóż ten fakt raczej nikogo już nie dziwi, więc idźmy dalej...

       Łamanie celibatu na nikim już nie robi większego wrażenia, ale kiedy w grę wchodzi pedofilia- robi się gorąco... przynajmniej powinno, bo dla przeciętego człowieka jest to coś absolutnie niedopuszczalnego, ale i tutaj wychodzi powszechna prawda- Księżą wolno więcej. Niestety. Nawet patrząc na bieżące wydarzenia i zwierzenia ofiar księży-pedofilów jest cała masa ludzi, którzy ślepo wierzą Kościołowi i obrzucają ofiary błotem, a co dopiero w latach '90 ubiegłego stulecia (bo wtedy właśnie dzieje się akcja powieści)? Cóż, tego nie da się opisać, to trzeba po prostu przeczytać.


      Andrzej Selerowicz w niepozornej, niespełna 250-cio stronicowej powieści zawarł wszystkie grzechy Kościoła, jakie tylko przychodzą nam do głowy: pedofilia, obłuda, gra o władze, pieniądze, wpływy w zasadzie wygląda to bardziej jak dobrze zorganizowana mafia niż instytucja mająca pogłębiać ludzką wiarę, ale cytując za autorem "W Polsce prawo zatrzymuje się u drzwi Kościoła" i niestety możemy sobie wmawiać, co chcemy, ale taka właśnie jest prawda...

       Wbrew pozorom "Inna tajemnica wiary" to nie tylko czysta krytyka Kościoła, ale przede wszystkim pokazanie, że księża to tylko ludzie. Nie są święci i nie należy ich gloryfikować, bo często  mają na sumieniu większe grzechy niż niejeden z nas. Nie chodzi o to, by z góry potępiać wszystkich napotkanych na swojej drodzy kleryków, ale o to, by podchodzić do nich krytycznie i by byli traktowani dokładnie tak, jak każdy inny obywatel (z czym w naszym kraju niestety jest kiepsko). 

         Andrzej Selerowicz w niezwykle ciekawy sposób pokazuje realny kształt współczesnego Kościoła, odziera go ze sfery sacrum i konfrontuje z jego największymi słabościami. Autor nie włożył w przysłowiowe mrowisko- jakim jest środowisku klerykalne- kija, on wsadził w nie cały szpadel i tak sobie myślę, wspominając niedawne, gdańskie rekolekcje, że chyba już wiem, która książka będzie faworytem księży na następny stos...



Tytuł: "Inna tajemnica wiary"
Autor: Andrzej Selerowicz
Wydawnictwo: Novae Res
Data premiery: 19.04.2019r.
Ilość stron: 237
ISBN: 978-83-8147-414-6

  
 
"O miłości bez litości"- Katarzyna Augustyniak-Rak

"O miłości bez litości"- Katarzyna Augustyniak-Rak

"Czemu w człowieku nie ma takiej opcji, jak w internecie, żeby odświeżyć stronę? Klikasz i odświeżasz sobie związek oraz wzajemne relacje."


     Macie czasami wrażenie, że wszystkie książki z zakresu "literatury kobiecej" pisane są na podstawie jednego schematu: niespełniona czterdziestolatka, będąc na życiowym zakręcie, spotyka na swojej drodze księcia z bajki i po kilku mniejszych bądź większych zawirowaniach żyją długo i szczęśliwie? Brzmi znajomo? Jeżeli lubicie tzw. babskie czytadełka, ale macie ochotę na powieść, która zdecydowanie odbiega od tego, utartego schematu- trafiliście idealnie, "O miłości bez litości" jest właśnie dla Was!

     Nie będę ukrywać, że do przeczytania książki najbardziej zachęcił mnie tytuł. "O miłości bez litości"- czy to nie brzmi genialnie? Byłam bardzo ciekawa, co kryje się za tak intrygującym tytułem i po zakończeniu lektury ze zdumieniem odkryłam, że jest to po prostu idealne podsumowanie całej książki. Autorka naprawdę nie ma litości dla żadnej formy miłości i- co zaskakujące- jest w tym konsekwentna aż do samego końca.

     Jeżeli chodzi o samą fabułę, to pozornie wydaje się być podobna do setek innych powieści obyczajowych, ale zapewniam Was- potrafi zaskoczyć, ale od początku:

      Honorata- dobiegająca czterdziestki lekarka, podchodząca do życia ze sporym dystansem, ciągle po cichu wzdycha do swojej niespełnionej miłości sprzed lat- Wojtka Kreta. Niespodziewanie, pewnego dnia, zjawia się u Honoraty nieco narwany dziennikarz- Marceli, który chce z pomocą Honoraty, odnaleźć Wojtka twierdząc, że jest on nieślubnym dzieckiem... Mick'a Jagger'a.

     Uwielbiam autorów, którzy w swoich książkach potrafią pochwalić się poczuciem humoru, choć muszę przyznać, że w przypadku Katarzyny Augustyniak-Rak mowa jest raczej o komizmie sytuacyjnym, niż językowym. Autorka w pewien sposób przerysowuje zarówno bohaterów jak i określone sytuacje, dzięki czemu efekt jest naprawdę zabawny. Już sama główna bohaterka jest postacią nieco przekoloryzowaną, ale dla mnie najbardziej komiczny, choć raczej nie wzbudzający sympatii jest Wojtek- były alpinista bez jakichkolwiek sukcesów, cierpiący na depresję (choć chwilami zachowuje się raczej jak hipochondryk), kompletnie niewiedzący, czego tak naprawdę chce od życia. Choć w zasadzie ten ostatni problem nie dotyczy jedynie Wojtka, a wszystkich bohaterów. Autorka zdecydowała się wykreować bohaterów pozornie dojrzałych: 40-letnich i starszych, którzy zachowują się chwilami jak grupa nastolatków i ciężko byłoby mi wskazać, czego oni tak naprawdę chcą od życia (mam wrażenie, że oni sami chyba też tego nie wiedzą) i mam wrażenie, że właśnie stąd bierze się komizm (a jednocześnie tragizm) wielu sytuacji.

      Jednak książka nie jest bez wad. Po tak zapowiadanej lekturze spodziewałam się większej dawki humoru w sferze językowej, jak chociażby zabawne dialogi, czego tutaj mi niestety zabrakło. Jako fanka takich autorek jak Danka Braun czy Małgorzata Kursa, których książki są wręcz przesiąknięte różnego rodzaju zabawnymi uwagami- poczułam się nieco rozczarowana.

     Drugim elementem, który nie trafił w mój gust, jest zakończenie, które najkrócej można podsumować stwierdzeniem: "wiem, że nic nie wiem", bo tak naprawdę zakończenie nie wyjaśnia nam do końca żadnego z wątków i zamknęłam książkę z poczuciem, że w dalszym ciągu nie wiem, jak zakończyła się cała historia.

     "O miłości bez litości" to bardzo wciągająca, barwna i zabawna powieść o zagmatwanych relacjach międzyludzkich z "małym" śledztwem w tle. Jest to książka, która przede wszystkim bawi, więc raczej nie odmieni waszego życia, ale na te kilka godzin z pewnością uczyni je weselszym ;)



Tytuł: "O miłości bez litości"
Autor: Katarzyna Augustyniak-Rak
Wydawnictwo: Książnica
Data wydania: 03.04.2019r.
Ilość stron: 303
ISBN: 978-83-245-8360-7
Wesołych Świąt!

Wesołych Świąt!

Drodzy Książkoholicy,
z okazji Świąt Wielkanocnych życzę Wam, by ten czas był dla Was pełen ciepła i radości, byście spędzili te święta z ludźmi, na których naprawdę Wam zależy, w spokoju i ciesząc się chwilą. Smacznego jajka i mokrego Dyngusa! 


"Odzyskanie"- Anna Robak-Reczek

"Odzyskanie"- Anna Robak-Reczek

"Wszystko z czasem potrafi wpaść w utarte koleiny. Także tęsknota, także ból po stracie. Codzienność, która wyznacza najróżniejsze przyziemne zadania pozwala zapomnieć. Najpierw na kilka chwil, z których budzą człowieka wyrzuty sumienia, że zapomniał. Potem na coraz dłużej, aż można żyć zupełnie normalnie, od czasu do czasu jedynie przeżywając smutek i stratę."





     Czasy powojenne- okres w naszej historii, który tak naprawdę jest nieco marginalizowany. Wiele mówi się o wojnie, a następnie o komunizmie i Solidarności, ale trudny życia w okresie bezpośrednio po zakończeniu wojny nie stanowią tak "atrakcyjnego" tematu jak relacje z pola bitwy czy wprowadzenia stanu wojennego. Owszem, są one żywe we wspomnieniach najstarszych członków naszych rodzin, którzy przeżyli to na własnej skórze, ale nie jest to zbyt popularny temat.  Właśnie na tym okresie, w dużej mierze skupia się Anna Robak-Reczek w swojej najnowszej powieści pt. „Odzyskanie”

     Nastaje czas tzw. "pokoju". II Wojna Światowa właśnie przechodzi do historii zostawiając po sobie zniszczone miasta, i złamane ludzkie życiorysy. Alina Majewska jest jedną z pierwszych Polek, które zostają przesiedlone na Ziemie Odzyskane, do niewielkiego wówczas Lubina. Młoda kobieta w czasie wojny straciła męża, nie ma również żadnych wieści na temat swoich krewnych. Pozostawiona sama sobie, musi nauczyć się żyć w nowej rzeczywistości, w nowym miejscu i z nowymi ludźmi...

     Odnalezienie się w powojennej rzeczywistości okazje się być znacznie trudniejsze niż mogłoby się wydawać. Ludzie, którzy siłą wyciągnięci ze swoich domów, zostali rzuceni w nowe, nieznane im miejsce, gdzie ktoś nakazał mi nauczyć się żyć od nowa. Obce miejsce, obcy ludzie. Wszystko to sprawia, że wszyscy podchodzą do siebie nieufnie, a w powietrzu unosi się wszechobecna atmosfera strachu o przyszłość. Sytuacji nie ułatwia fakt, iż przez pewien czas w jednym mieście muszą żyć Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Niemcy i Rosjanie, a więc nacje, które w czasie wojny walczyły między sobą, co tylko wzmaga powszechną nieufność.

     Akcja książki jest bardzo rozciągnięta w czasie. Razem z bohaterami zaczynam podróż w roku 1945, kiedy to zaczynają osiedlać się na Ziemiach Odzyskanych, a kończymy ją dopiero na początku lat '90.  Przez cały ten czas jesteśmy świadkami wszystkich przemian społeczno-gospodarczych, jakie mają w tym czasie miejsce w Polsce, ale przede wszystkim poznając kilka pokoleń rodziny Aliny jesteśmy świadkami zmian, jakie zachodzą w ludziach. Początkowo Polacy doświadczeni wojną podchodzą do wszystkiego z dużą rezerwą, ciągle przechodzą pewien etap żałoby, do tego stopnia, że boją się żyć pełną piersią, nie chcą nawet przywiązywać się do Lubina, w obawie przed kolejnymi przesiedleniami. Dopiero kolejne pokolenia, wychowane na Ziemiach Odzyskanych czują, że jest to ich dom i ich stosunek zarówno do wojny, jak i do miejsca, w którym żyją, jest zdecydowanie inny.

     To, co mnie samą najbardziej zadziwia w całej historii to podejście bohaterów do straty. Śmierć jest nieodłącznym elementem akcji książki i przez całą powieść żegnamy kilka znaczących postaci i to, co najbardziej uderza to fakt, jak szybko bohaterowie przechodzą nad śmiercią swoich bliskich do porządku dziennego i szczerze mówiąc mam wrażenie, że jest to pewna niekonsekwencja autorki, przy kreowaniu postaci, gdyż z jednej strony przez całe dekady tęsknią za swoimi rodzinnymi miastami, o czym autorka informuje nas na każdym kroku, a z drugiej strony nie ma słowa o tęsknocie za zmarłymi, wyjątkiem jest chyba jedynie tęsknota Aliny za zmarłym ojcem, w pozostałych przypadkach mam wrażenie, że zapominamy o danym bohaterze w momencie zamknięcia trumny z jego ciałem, co stawia bohaterów w nie najlepszym świetne.

     Muszę niestety przyczepić się do redakcji, gdyż książka zawiera sporo błędów. Zazwyczaj są to literówki i to jeszcze jestem w stanie zrozumieć- zdarza się, ale pojawiło się też kilka błędów merytorycznych jak np. pomylone imiona bohaterów i takie błędy już moim zdaniem nie powinny mieć miejsca.

     „Odzyskanie” to bardzo klimatyczna, wielowymiarowa powieść, autorka operuje piórem w taki sposób, że czytelnik, otwierając książkę, ma wrażenie, że naprawdę przenosi się do powojennego Lubina. Z pewnością nie jest to książka lekka i wesoła, bo skupia się w dużej mierze na ludzkich dramatach, problemach i tęsknocie, ale sprawia, że zaczynamy zastanawiać się nad wydarzeniami, które miały miejsce zaledwie kilkadziesiąt lat temu, a z dzisiejszej perspektywy wydaje się nam- zwłaszcza młodszym pokoleniom- historią niezwykle odległą...
 
 
Tytuł: "Odzyskanie"
Autor: Anna Robak-Reczek
Wydawnictwo: Lucky
Data premiery: 23.01.2019r.
Ilość stron: 449
ISBN: 978-83-65351-70-8
 
 
 
"Szczęście"- Wioletta Gocoł

"Szczęście"- Wioletta Gocoł

„Szkoda, że życie to nie film, wtedy wszystko skończyłoby się szczęśliwie. A tak nie wiadomo, czego można się spodziewać...”




     Przemoc domowa- zjawisko równie popularne, co traktowane jako temat tabu. Bo wygodniej nie słyszeć odgłosów awantury dobiegających z mieszkania sąsiadów, bo prościej uznać, że siniaki na ciele znajomej są jedynie pokłosiem niefortunnego wypadku. I wreszcie: bo łatwiej uwierzyć, że „on się zmieni”, niż postawić wszytko na jedną kartę i uciec w nieznane. Właśnie tak wygląda codzienność wielu kobiet. Właśnie tak wyglądała codzienność Wiktorii- głównej bohaterki powieści „Szczęście"- Wioletty Gocoł.

Wiktoria to młoda kobieta, której życie nie rozpieszczało: już jako mała dziewczynka straciła rodziców i siostrę, kiedy już myślała, że w końcu zaczyna wychodzić na prostą i poznała mężczyznę, z którym chciała ułożyć sobie życie, okazało się,  że Pawłowi- bo tak na imię miał jej mąż- daleko do ideału. Alkoholik i damski bokser to nie najlepszy materiał na męża, jednak kobieta, tak długo utwierdzana w przekonaniu, że to ona jest winna wszystkich wybuchów agresji Pawła, sama zaczęła w to wierzyć. Dopiero kiedy Wiktoria zachodzi w ciążę, zabiera odwagi i postanawia uciec od despotycznego męża, do jedynego miejsca, gdzie może czuć się bezpiecznie- domu swojej babci w Szczęśliwcach, gdzie na jej drodze staje tajemniczy leśniczy-Krzysztof i kiedy wydawałoby się, że Wiktoria, w końcu znalazła swoje miejsce na ziemi, niespodziewanie odwiedza ją Paweł. Czy mąż zdoła przerwać jej sielankę? Tego Wam nie zdradzę, musicie przekonać się sami.

Po ostatnich, mrocznych lekturach nabrałam olbrzymiej ochoty na jakąś lżejszą, optymistyczną lekturę i właśnie ją otrzymałam. Autorka stworzyła piękną historię, umiejscowiła ją w cudownym, urokliwym miejscu, jakim są Szczęśliwce, a na dodatek wszystko to okrasiła sporą dawką słodkich przepisów kulinarnych, które znajdziecie praktycznie na końcu każdego rozdziału. Uprzedzam, po ich przeczytaniu od razu będziecie chcieli biec do kuchni, więc miejcie się na baczności!

Na szczególną uwagę zasługują bohaterowie. Autorka oprócz głównych bohaterów wykreowała również kilka wspaniałych postaci drugoplanowych, które tworzą piękne tło dla głównego wątku powieści, a jednocześnie stanowią osobne historie o miłości, przeznaczeniu i walce z przeciwnościami losu. Nieodłącznym elementem tej powieści jest również strata, która przewija się w historii każdego z bohaterów, co dodatkowo pokazuje ich bardzo ludzkie oblicze.

Mimo optymistycznego przesłania powieści, nie jest ona wcale przesłodzoną historyjką- często przewijający się motyw choroby, śmierci i przemocy domowej nadaje całości nieco powagi i zmusza czytelnika do zastanowienia się nad własnym życiem i otaczającą nas rzeczywistością...

„Szczęście” to niesamowita, bardzo emocjonalna i poruszająca opowieść o miłości i związanych z nią rozterkach, o ludzkich wzlotach i upadkach, rozstaniach i powrotach, o stratach i sposobach radzenia sobie z nimi, a wszytko to na tle malowniczej, górskiej wioski. Wioletta Gocoł stworzyła historię, która wzrusza, bawi i skłania czytelnika do refleksji- idealną dla każdej romantycznej duszyczki i tylko żal, że tak krótka...








Tytuł: „Szczęście”
Autor: Wioletta Gocoł
Wydawnictwo: Novae Res
Data premiery: 12.03.2019 r.
Ilość stron: 241
ISBN: 978-83-8147-175-6

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA: "INKUB"- Artur Urbanowicz

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA: "INKUB"- Artur Urbanowicz

"Strach sam w sobie jest złym uczuciem. Z zasady negatywnym. Źle wpływa na nasz organizm i tak dalej. Jak można go lubić? Czy to przypadkiem nie podchodzi pod masochizm?"




      Inkub-  lubieżny demon lub goblin, który pragnie stosunków płciowych z kobietami. Jeśli wiąże się na stałe z jakąś konkretną czarownicą lub czarownikiem, traktowany jest jako ich magistellus- czyli demon służebny.

     Lubicie horrory? Ja muszę się Wam szczerze przyznać, że nie bardzo. Nie oglądam ich wcale, czytam bardzo rzadko. Facet biegający z piłą mechaniczną rozcinający ludzi na pół jest zdecydowanie poza zasięgiem moich zainteresowań, choć w gruncie rzeczy nie jest to coś co mnie przeraża, raczej nieprzyjemnie się na to patrzy i tyle. Mam wrażenie, że te horrory są robione wszystkie na jedno kopyto: im więcej krwi tym lepiej. Nie dla mnie. Jeżeli już sięgam po jakiś horror to raczej po taki, który bazuje na naszej psychice, podświadomości i zjawiskach paranormalnych bo to są elementy, które faktycznie na mnie działają i dlatego właśnie po przeczytaniu zapowiedzi zdecydowałam się na lekturę "Inkuba" Artura Urbanowicza, co swoją drogą było dla mnie, jako osoby stroniącej od horrorów, sporym wyzwaniem, bo książka liczy sobie ponad 700 stron! Także moi drodzy, jest co czytać;)

     Jodoziory- mała wioska na Suwalszczyźnie. W jednym z domów znaleziono zwłoki małżeństwa, kiedy na miejsce przybywa ekipa policyjna celem zbadania sprawy- dom ów nagle zawala się, a będące w środku zwłoki zamieniają się w popiół. Okazuje się, że w wiosce od kilku lat dzieją się dziwne rzeczy: tajemnicze śmierci, samobójstwa i choroby pojawiają się tutaj w ilościach znacznie przekraczających średnią krajową, a dodatkowo mówi się o niezidentyfikowanym zielonym świetle pojawiającym się we wsi, którego źródła można szukać w "nawiedzonym domu", który, jeśli wierząc legendom, zamieszkiwała przed laty... czarownica. 
     Sprawa nabiera rozpędu, gdy samobójstwo popełnia młody miejscowy policjant. Wówczas do akcji wkracza  Vytautas Cesnauskis wraz ze swoim partnerem- Mateuszem, którzy zaczynają interesować się historią rzekomo nawiedzonego miejsca i odkrywają, że podobne podejrzane zjawiska działy się w Jodoziorach na początku lat 70-tych ubiegłego wieku, kiedy to w wiosce, podobno mieszkała Czarownica, wysysająca z otoczenia całą dobrą energię.

       Artur Urbanowicz znany jest z tzn. litertury grozy. "Inkub" jest tego trzecią po "Gałęzistych" i "Grzeszniku" książką, jednak dla mnie było to pierwsze spotkanie z twórczością autora  i zdecydowanie było warto. 

     Akcja powieści toczy się dwutorowo: Z jednej strony poznajemy Vytautasa, Mateusza, Sylwię i całą rzeszę współczesnych postaci, które w jakiś sposób powiązane są z toczącym się śledztwem. Jednocześnie cofamy się do początku lat 70-tych i poznajemy losy mieszkańców Jodozior w czasie kiedy podobno mieszkała tam czarownica. Z biegiem czasu i postępami śledztwa obie rzeczywistości zaczynają się zacieśniać tworząc jedną, spójną historię. 

     Na uwagę zasługuje również kreacja bohaterów. Przy tak dużej liczbie postaci łatwo się pogubić i trzeba bardzo uważać, by kolejni bohaterowie nie zlewali się w jedną bezimienną masę, jednak tutaj autor stanął na wysokości zadania i udało mu się wykreować postacie w taki sposób, by każdy z nich miał swój niepowtarzalny charakter, tak, że nawet teraz, po zakończeniu lektury jestem w stanie bez problemu przywołać konkretnych bohaterów (również tych drugoplanowych) i dotyczące ich wydarzenia.
     Styl autora jest ciekawy, zrozumiały, ale nie jest to książka do przeczytania w dwa wieczory (i nie mówię tu tylko o jej objętości), gdyż akcja rozwija się dość wolno, konkretnego tempa nabiera dopiero około dwusetnej strony, a i wtedy ilość wątków i postaci jest tak duża, że żeby spokojnie wszystkie je sobie poukładać polecam rozłożyć czytanie książki na kilka, a nawet kilkanaście dni, bo mam wrażenie, że jest to taka pozycja, z którą absolutnie nie należy się spieszyć. 

     "Inkub" to bardzo nieoczywiste, wciągające połączenie kryminału i horroru. Autor potrafi porządnie nastraszyć czytelnika, bez żadnych krwawych scen, bazując jedynie na legendarnych czarownicach i inkubach, a prowadzi akcję w taki sposób, że przez sporą część książki miałam gęsią skórkę. Zdecydowanie warto poświęcić tej lekturze absolutnie każdą ilość wolnego czasu. Polecam wszystkim tym, którzy szukają inteligentnego, mrocznego horroru, pozbawionego ciągłego rozlewu krwi. Tylko pamiętajcie... nie czytajcie go po zmroku! Wiem co mówię- sama zawsze czytam wieczorami i... nie był to najlepiej przespany tydzień w moim życiu:D


PREMIERA JUŻ 3 KWIETNIA!

Tytuł: "Inkub"
Autor: Artur Urbanowicz
Wydawnictwo:Vesper
Data premiery: 03.04.2019r.
Ilość stron: 725
ISBN: 978-83-7731-319-0
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Książkoholiczka94 , Blogger