"Odzyskanie"- Anna Robak-Reczek

"Odzyskanie"- Anna Robak-Reczek

"Wszystko z czasem potrafi wpaść w utarte koleiny. Także tęsknota, także ból po stracie. Codzienność, która wyznacza najróżniejsze przyziemne zadania pozwala zapomnieć. Najpierw na kilka chwil, z których budzą człowieka wyrzuty sumienia, że zapomniał. Potem na coraz dłużej, aż można żyć zupełnie normalnie, od czasu do czasu jedynie przeżywając smutek i stratę."





     Czasy powojenne- okres w naszej historii, który tak naprawdę jest nieco marginalizowany. Wiele mówi się o wojnie, a następnie o komunizmie i Solidarności, ale trudny życia w okresie bezpośrednio po zakończeniu wojny nie stanowią tak "atrakcyjnego" tematu jak relacje z pola bitwy czy wprowadzenia stanu wojennego. Owszem, są one żywe we wspomnieniach najstarszych członków naszych rodzin, którzy przeżyli to na własnej skórze, ale nie jest to zbyt popularny temat.  Właśnie na tym okresie, w dużej mierze skupia się Anna Robak-Reczek w swojej najnowszej powieści pt. „Odzyskanie”

     Nastaje czas tzw. "pokoju". II Wojna Światowa właśnie przechodzi do historii zostawiając po sobie zniszczone miasta, i złamane ludzkie życiorysy. Alina Majewska jest jedną z pierwszych Polek, które zostają przesiedlone na Ziemie Odzyskane, do niewielkiego wówczas Lubina. Młoda kobieta w czasie wojny straciła męża, nie ma również żadnych wieści na temat swoich krewnych. Pozostawiona sama sobie, musi nauczyć się żyć w nowej rzeczywistości, w nowym miejscu i z nowymi ludźmi...

     Odnalezienie się w powojennej rzeczywistości okazje się być znacznie trudniejsze niż mogłoby się wydawać. Ludzie, którzy siłą wyciągnięci ze swoich domów, zostali rzuceni w nowe, nieznane im miejsce, gdzie ktoś nakazał mi nauczyć się żyć od nowa. Obce miejsce, obcy ludzie. Wszystko to sprawia, że wszyscy podchodzą do siebie nieufnie, a w powietrzu unosi się wszechobecna atmosfera strachu o przyszłość. Sytuacji nie ułatwia fakt, iż przez pewien czas w jednym mieście muszą żyć Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Niemcy i Rosjanie, a więc nacje, które w czasie wojny walczyły między sobą, co tylko wzmaga powszechną nieufność.

     Akcja książki jest bardzo rozciągnięta w czasie. Razem z bohaterami zaczynam podróż w roku 1945, kiedy to zaczynają osiedlać się na Ziemiach Odzyskanych, a kończymy ją dopiero na początku lat '90.  Przez cały ten czas jesteśmy świadkami wszystkich przemian społeczno-gospodarczych, jakie mają w tym czasie miejsce w Polsce, ale przede wszystkim poznając kilka pokoleń rodziny Aliny jesteśmy świadkami zmian, jakie zachodzą w ludziach. Początkowo Polacy doświadczeni wojną podchodzą do wszystkiego z dużą rezerwą, ciągle przechodzą pewien etap żałoby, do tego stopnia, że boją się żyć pełną piersią, nie chcą nawet przywiązywać się do Lubina, w obawie przed kolejnymi przesiedleniami. Dopiero kolejne pokolenia, wychowane na Ziemiach Odzyskanych czują, że jest to ich dom i ich stosunek zarówno do wojny, jak i do miejsca, w którym żyją, jest zdecydowanie inny.

     To, co mnie samą najbardziej zadziwia w całej historii to podejście bohaterów do straty. Śmierć jest nieodłącznym elementem akcji książki i przez całą powieść żegnamy kilka znaczących postaci i to, co najbardziej uderza to fakt, jak szybko bohaterowie przechodzą nad śmiercią swoich bliskich do porządku dziennego i szczerze mówiąc mam wrażenie, że jest to pewna niekonsekwencja autorki, przy kreowaniu postaci, gdyż z jednej strony przez całe dekady tęsknią za swoimi rodzinnymi miastami, o czym autorka informuje nas na każdym kroku, a z drugiej strony nie ma słowa o tęsknocie za zmarłymi, wyjątkiem jest chyba jedynie tęsknota Aliny za zmarłym ojcem, w pozostałych przypadkach mam wrażenie, że zapominamy o danym bohaterze w momencie zamknięcia trumny z jego ciałem, co stawia bohaterów w nie najlepszym świetne.

     Muszę niestety przyczepić się do redakcji, gdyż książka zawiera sporo błędów. Zazwyczaj są to literówki i to jeszcze jestem w stanie zrozumieć- zdarza się, ale pojawiło się też kilka błędów merytorycznych jak np. pomylone imiona bohaterów i takie błędy już moim zdaniem nie powinny mieć miejsca.

     „Odzyskanie” to bardzo klimatyczna, wielowymiarowa powieść, autorka operuje piórem w taki sposób, że czytelnik, otwierając książkę, ma wrażenie, że naprawdę przenosi się do powojennego Lubina. Z pewnością nie jest to książka lekka i wesoła, bo skupia się w dużej mierze na ludzkich dramatach, problemach i tęsknocie, ale sprawia, że zaczynamy zastanawiać się nad wydarzeniami, które miały miejsce zaledwie kilkadziesiąt lat temu, a z dzisiejszej perspektywy wydaje się nam- zwłaszcza młodszym pokoleniom- historią niezwykle odległą...
 
 
Tytuł: "Odzyskanie"
Autor: Anna Robak-Reczek
Wydawnictwo: Lucky
Data premiery: 23.01.2019r.
Ilość stron: 449
ISBN: 978-83-65351-70-8
 
 
 
"Szczęście"- Wioletta Gocoł

"Szczęście"- Wioletta Gocoł

„Szkoda, że życie to nie film, wtedy wszystko skończyłoby się szczęśliwie. A tak nie wiadomo, czego można się spodziewać...”




     Przemoc domowa- zjawisko równie popularne, co traktowane jako temat tabu. Bo wygodniej nie słyszeć odgłosów awantury dobiegających z mieszkania sąsiadów, bo prościej uznać, że siniaki na ciele znajomej są jedynie pokłosiem niefortunnego wypadku. I wreszcie: bo łatwiej uwierzyć, że „on się zmieni”, niż postawić wszytko na jedną kartę i uciec w nieznane. Właśnie tak wygląda codzienność wielu kobiet. Właśnie tak wyglądała codzienność Wiktorii- głównej bohaterki powieści „Szczęście"- Wioletty Gocoł.

Wiktoria to młoda kobieta, której życie nie rozpieszczało: już jako mała dziewczynka straciła rodziców i siostrę, kiedy już myślała, że w końcu zaczyna wychodzić na prostą i poznała mężczyznę, z którym chciała ułożyć sobie życie, okazało się,  że Pawłowi- bo tak na imię miał jej mąż- daleko do ideału. Alkoholik i damski bokser to nie najlepszy materiał na męża, jednak kobieta, tak długo utwierdzana w przekonaniu, że to ona jest winna wszystkich wybuchów agresji Pawła, sama zaczęła w to wierzyć. Dopiero kiedy Wiktoria zachodzi w ciążę, zabiera odwagi i postanawia uciec od despotycznego męża, do jedynego miejsca, gdzie może czuć się bezpiecznie- domu swojej babci w Szczęśliwcach, gdzie na jej drodze staje tajemniczy leśniczy-Krzysztof i kiedy wydawałoby się, że Wiktoria, w końcu znalazła swoje miejsce na ziemi, niespodziewanie odwiedza ją Paweł. Czy mąż zdoła przerwać jej sielankę? Tego Wam nie zdradzę, musicie przekonać się sami.

Po ostatnich, mrocznych lekturach nabrałam olbrzymiej ochoty na jakąś lżejszą, optymistyczną lekturę i właśnie ją otrzymałam. Autorka stworzyła piękną historię, umiejscowiła ją w cudownym, urokliwym miejscu, jakim są Szczęśliwce, a na dodatek wszystko to okrasiła sporą dawką słodkich przepisów kulinarnych, które znajdziecie praktycznie na końcu każdego rozdziału. Uprzedzam, po ich przeczytaniu od razu będziecie chcieli biec do kuchni, więc miejcie się na baczności!

Na szczególną uwagę zasługują bohaterowie. Autorka oprócz głównych bohaterów wykreowała również kilka wspaniałych postaci drugoplanowych, które tworzą piękne tło dla głównego wątku powieści, a jednocześnie stanowią osobne historie o miłości, przeznaczeniu i walce z przeciwnościami losu. Nieodłącznym elementem tej powieści jest również strata, która przewija się w historii każdego z bohaterów, co dodatkowo pokazuje ich bardzo ludzkie oblicze.

Mimo optymistycznego przesłania powieści, nie jest ona wcale przesłodzoną historyjką- często przewijający się motyw choroby, śmierci i przemocy domowej nadaje całości nieco powagi i zmusza czytelnika do zastanowienia się nad własnym życiem i otaczającą nas rzeczywistością...

„Szczęście” to niesamowita, bardzo emocjonalna i poruszająca opowieść o miłości i związanych z nią rozterkach, o ludzkich wzlotach i upadkach, rozstaniach i powrotach, o stratach i sposobach radzenia sobie z nimi, a wszytko to na tle malowniczej, górskiej wioski. Wioletta Gocoł stworzyła historię, która wzrusza, bawi i skłania czytelnika do refleksji- idealną dla każdej romantycznej duszyczki i tylko żal, że tak krótka...








Tytuł: „Szczęście”
Autor: Wioletta Gocoł
Wydawnictwo: Novae Res
Data premiery: 12.03.2019 r.
Ilość stron: 241
ISBN: 978-83-8147-175-6

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA: "INKUB"- Artur Urbanowicz

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA: "INKUB"- Artur Urbanowicz

"Strach sam w sobie jest złym uczuciem. Z zasady negatywnym. Źle wpływa na nasz organizm i tak dalej. Jak można go lubić? Czy to przypadkiem nie podchodzi pod masochizm?"




      Inkub-  lubieżny demon lub goblin, który pragnie stosunków płciowych z kobietami. Jeśli wiąże się na stałe z jakąś konkretną czarownicą lub czarownikiem, traktowany jest jako ich magistellus- czyli demon służebny.

     Lubicie horrory? Ja muszę się Wam szczerze przyznać, że nie bardzo. Nie oglądam ich wcale, czytam bardzo rzadko. Facet biegający z piłą mechaniczną rozcinający ludzi na pół jest zdecydowanie poza zasięgiem moich zainteresowań, choć w gruncie rzeczy nie jest to coś co mnie przeraża, raczej nieprzyjemnie się na to patrzy i tyle. Mam wrażenie, że te horrory są robione wszystkie na jedno kopyto: im więcej krwi tym lepiej. Nie dla mnie. Jeżeli już sięgam po jakiś horror to raczej po taki, który bazuje na naszej psychice, podświadomości i zjawiskach paranormalnych bo to są elementy, które faktycznie na mnie działają i dlatego właśnie po przeczytaniu zapowiedzi zdecydowałam się na lekturę "Inkuba" Artura Urbanowicza, co swoją drogą było dla mnie, jako osoby stroniącej od horrorów, sporym wyzwaniem, bo książka liczy sobie ponad 700 stron! Także moi drodzy, jest co czytać;)

     Jodoziory- mała wioska na Suwalszczyźnie. W jednym z domów znaleziono zwłoki małżeństwa, kiedy na miejsce przybywa ekipa policyjna celem zbadania sprawy- dom ów nagle zawala się, a będące w środku zwłoki zamieniają się w popiół. Okazuje się, że w wiosce od kilku lat dzieją się dziwne rzeczy: tajemnicze śmierci, samobójstwa i choroby pojawiają się tutaj w ilościach znacznie przekraczających średnią krajową, a dodatkowo mówi się o niezidentyfikowanym zielonym świetle pojawiającym się we wsi, którego źródła można szukać w "nawiedzonym domu", który, jeśli wierząc legendom, zamieszkiwała przed laty... czarownica. 
     Sprawa nabiera rozpędu, gdy samobójstwo popełnia młody miejscowy policjant. Wówczas do akcji wkracza  Vytautas Cesnauskis wraz ze swoim partnerem- Mateuszem, którzy zaczynają interesować się historią rzekomo nawiedzonego miejsca i odkrywają, że podobne podejrzane zjawiska działy się w Jodoziorach na początku lat 70-tych ubiegłego wieku, kiedy to w wiosce, podobno mieszkała Czarownica, wysysająca z otoczenia całą dobrą energię.

       Artur Urbanowicz znany jest z tzn. litertury grozy. "Inkub" jest tego trzecią po "Gałęzistych" i "Grzeszniku" książką, jednak dla mnie było to pierwsze spotkanie z twórczością autora  i zdecydowanie było warto. 

     Akcja powieści toczy się dwutorowo: Z jednej strony poznajemy Vytautasa, Mateusza, Sylwię i całą rzeszę współczesnych postaci, które w jakiś sposób powiązane są z toczącym się śledztwem. Jednocześnie cofamy się do początku lat 70-tych i poznajemy losy mieszkańców Jodozior w czasie kiedy podobno mieszkała tam czarownica. Z biegiem czasu i postępami śledztwa obie rzeczywistości zaczynają się zacieśniać tworząc jedną, spójną historię. 

     Na uwagę zasługuje również kreacja bohaterów. Przy tak dużej liczbie postaci łatwo się pogubić i trzeba bardzo uważać, by kolejni bohaterowie nie zlewali się w jedną bezimienną masę, jednak tutaj autor stanął na wysokości zadania i udało mu się wykreować postacie w taki sposób, by każdy z nich miał swój niepowtarzalny charakter, tak, że nawet teraz, po zakończeniu lektury jestem w stanie bez problemu przywołać konkretnych bohaterów (również tych drugoplanowych) i dotyczące ich wydarzenia.
     Styl autora jest ciekawy, zrozumiały, ale nie jest to książka do przeczytania w dwa wieczory (i nie mówię tu tylko o jej objętości), gdyż akcja rozwija się dość wolno, konkretnego tempa nabiera dopiero około dwusetnej strony, a i wtedy ilość wątków i postaci jest tak duża, że żeby spokojnie wszystkie je sobie poukładać polecam rozłożyć czytanie książki na kilka, a nawet kilkanaście dni, bo mam wrażenie, że jest to taka pozycja, z którą absolutnie nie należy się spieszyć. 

     "Inkub" to bardzo nieoczywiste, wciągające połączenie kryminału i horroru. Autor potrafi porządnie nastraszyć czytelnika, bez żadnych krwawych scen, bazując jedynie na legendarnych czarownicach i inkubach, a prowadzi akcję w taki sposób, że przez sporą część książki miałam gęsią skórkę. Zdecydowanie warto poświęcić tej lekturze absolutnie każdą ilość wolnego czasu. Polecam wszystkim tym, którzy szukają inteligentnego, mrocznego horroru, pozbawionego ciągłego rozlewu krwi. Tylko pamiętajcie... nie czytajcie go po zmroku! Wiem co mówię- sama zawsze czytam wieczorami i... nie był to najlepiej przespany tydzień w moim życiu:D


PREMIERA JUŻ 3 KWIETNIA!

Tytuł: "Inkub"
Autor: Artur Urbanowicz
Wydawnictwo:Vesper
Data premiery: 03.04.2019r.
Ilość stron: 725
ISBN: 978-83-7731-319-0
SZUKAM PRACY, WIĘC NIE INTERESUJ SIĘ, CZY PLANUJĘ CIĄŻĘ!

SZUKAM PRACY, WIĘC NIE INTERESUJ SIĘ, CZY PLANUJĘ CIĄŻĘ!

     Moi drodzy, dziś wyjątkowo nie o książkach, bo nie samym czytaniem człowiek żyje, a pojawił się temat ważny i bardzo aktualny. Choć może określenie "pojawił się" jest tutaj nie na miejscu, bo wszystko tyczy się zjawiska, które funkcjonuje niestety już od dawna, ale dopiero teraz ktoś zaczął o tym głośno mówić...



      Mowa o akcji organizowanej przez GoWomen- Kampania Społeczna "Szukam pracy, więc nie interesuj się czy planuję ciążę".
Jakie to jest prawdziwe. Jakie to jest cholernie prawdziwe i cholernie ważne!

     Akcja ma na celu zwrócić uwagę na problem, jakim jest dyskryminacja kobiet w tzn. "wieku prokreacyjnym" na rynku pracy, co niestety jest zjawiskiem absurdalnym, ale bardzo popularnym, a pytanie w stylu "Czy planuje Pani w najbliższych latach dzieci" na rozmowach kwalifikacyjnych jest równie często zadawane co pytania o doświadczenie zawodowe...

      Sama jestem w tzw. "wieku prokreacyjnym". Boże, jak to w ogóle brzmi... Nie wiem, czy tylko mi kojarzy się to z hodowlą królików? Ale cóż, mniejsza o to... A więc mam 25 lat i sporo rozmów kwalifikacyjnych za sobą. Początkowo nawet nie zdawałam sobie sprawy, że w moim obecnym wieku może być ciężko dostać dobrą pracę. Wcześniej uczyłam się i jednocześnie byłam na stażu, później płynnie przeszłam do innej pracy i żyłam w przekonaniu, że skoro zdobyłam już określone doświadczenie to teraz powinno być już tylko łatwiej. Błąd, duży błąd.

      Nadszedł moment kiedy zaczęłam szukać nowej pracy. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam na rozmowie rekrutacyjnej pytania: "Planuje Pani w najbliższych latach powiększenie rodziny?", a "Ma Pani chłopaka?" zatkało mnie. Najzwyczajniej w świecie nie wiedziałam jak się zachować. Siedzi przede mną 2 obcych mężczyzn i wypytuje mnie o moje życie prywatne, z którego z pewnością nie miałam ochoty się spowiadać. Wyszłam z rozmowy zniesmaczona, ale pomyślałam "ok, zdążają się i tacy" i byłam przekonana, że to ewenement. (O ja naiwna!)

      Kolejna rozmowa. Kolejne pytania, tym razem bardziej otwarte i podchwytliwe: "KIEDY planuje Pani dzieci?". Patrzę zdziwiona. Serio? Nie wierzę, zwłaszcza, że tym razem siedzi przede mną kobieta(!). Naprawdę? Kobieta kobiecie zadaje TAKIE pytania? Najlepsze było i tak to, co usłyszałam w tzn. kuluarach, kiedy dziewczyna przeprowadzająca rozmowę (na oko niewiele starsza ode mnie) rozmawiała z jakimś mężczyzną-jak się później okazało-szefem. "Odbębnij te rozmowy już do końca, żeby nie było, bo przecież i tak nie weźmiemy panienek w takim wieku, bo zaraz mi zwolnienie ciążowe przyniesie i tyle z niej pożytku będzie...". Oczywiście miałam tego nie słyszeć- pech chciał, że słyszałam. Jak się pewnie domyślacie, pracę otrzymał jakiś mężczyzna, mimo że na rozmowy zaproszono (nie wiem tylko po co) 6 kobiet.

     Chyba dopiero wtedy dotarło do mnie jaka jest skala tego problemu...
W XXI wieku kobiety nadal są dyskryminowane tylko i wyłącznie ze względu na to, że natura obdarzyła je narządami płciowymi umożliwiającymi rodzenie dzieci! (Niby XXI wiek, a mentalne średniowiecze).

      Osobiście trochę się już na te idiotyczne pytania uodporniłam i za każdym razem kiedy słyszę: "Czy ma Pani zamiar w najbliższym czasie powiększyć rodzinę?", mam w głowie nieco cyniczne: "Tak, planuję adoptować nowego psa ze schroniska", ale nie zmienia to faktu, że problem jest i to duży. Mamy programy aktywizacyjne dla niepełnosprawnych, dla osób 50+ i naprawdę obawiam się, że jeśli myślenie pracodawców się nie zmieni to za kilka lat będziemy tworzyć kolejne programy wspomagające aktywizację zawodową kobiet w "wieku prokreacyjnym", co zakrawałoby już na pewną abstrakcję...


Dlatego cieszę bardzo, że w końcu ktoś poruszył ten temat. Brawo GoWoman! Świetna robota!
A was, moi drodzy czytelnicy zachęcam: udostępniajcie informacje o tej akcji, bo naprawdę warto, by jak najwięcej ludzi o niej usłyszało!

Swoją drogą jestem ciekawa jakie jest wasze zdanie na ten temat? Spotkaliście się z tym problemem czy wręcz przeciwnie-uważacie, że problemu nie ma? Koniecznie dajcie znać w komentarzach i jeśli macie do opowiedzenia swoje historie- piszcie śmiało:)
"Bez rozgrzeszenia"- Mariusz W. Kliszewski

"Bez rozgrzeszenia"- Mariusz W. Kliszewski





     Pierwsza połowa XVII wieku. Młody niepokorny szlachcic Konrad Machola musi spędzić pół roku klasztorze Kartuzów, aby uniknąć wydziedziczenia przez własnego ojca, który ma już dość występków syna. Przez cały ten czas poświęca się żmudnej pracy na rzecz zakonników, aż do dnia kiedy jego codzienna rutyna zostaje zakłócona przez morderstwo dokonane w sąsiedztwie kartuzji. Czy któryś z mnichów posunął się do morderstwa, czy też jest to sprawka kogoś z miejscowych? Konrad na zlecenie przeora stara się rozwikłać tajemnicę śmierci mężczyzny, którego niejeden chciał widzieć martwego. W międzyczasie młody szlachcic obmyśla plan na życie po opuszczeniu murów Raju Maryi: zakochany w Luizie-córce kupca, który ma zatargi z ojcem Macholi, chce zrobić wszystko, by poślubić ukochaną, niestety sytuacja polityczna z dnia na dzień staje się coraz gorsza, gdy okazuje się, że zbliża się atak Szwedów...

    Dawno po zakończeniu lektury nie miałam tak mieszanych uczuć, jak po "Bez rozgrzeszenia", do tego stopnia, że po zamknięciu książki, zaczęłam się zastanawiać, czy właściwie podobała mi się, czy nie... Na korzyść powieści zdecydowanie przemawia pomysł na fabułę, który jest naprawdę ciekawy: Młody, niepokorny szlachcic, zakochany w córce wroga swojego rodu, trafia za karę do klasztoru, gdzie bada sprawę tajemniczego morderstwa. Do tego bohaterowie, którzy są wykreowani naprawdę  świetnie. Uwielbiałam Konrada, przeora, zakonnika Hermana a nawet parobka Marcela, jednak niestety na tym kończą się pozytywy. 

     Książkę czytało mi się bardzo ciężko. Pierwsza połowa  dłużyła mi się niesamowicie, gdyż większość miejsca była tam poświęcona codziennym obowiązkom Konrada, co było dość nużące. Dodatkowo autor bardzo upodobał sobie opisy, które niepotrzebnie, mam wrażenie trochę na siłę rozciągnęły książkę, do finalnych pięciuset stron i o ile zazwyczaj lubię obszerne powieści, to w przypadku tej konkretnej mam wrażenie, że całość spokojnie można było zawrzeć na około trzystu pięćdziesięciu stronach bez żadnego uszczerbku na treści, wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że wtedy akcja nabrałaby tempa i czytałoby się ją znacznie lepiej. 
     Dodatkowo wydają się zbyt rozproszone i odniosłam wrażenie, że autor nie poświęcił im należytej uwagi. Mamy wątek zesłania Macholi do klasztoru, jego życie w Raju Maryi, zabójstwo, trudna miłość Konrada i Luizy, najazd Szwedów i teoretycznie to wszystko do siebie jakoś pasuje, przynajmniej autor starał się, by tak było, ale w rzeczywistości te wątki nieco się rozjeżdżają, każdy z wątków idzie w swoją stronę przez co uwaga czytelników jest rozpraszana, a niektóre z wątków autor pod koniec porzuca bez dokończenia jak np. losy Luizy. 

     "Bez przebaczenia" to książka, do której musicie podejść ze sporym dystansem, jeśli nie zależy Wam na zawrotnej akcji, a chcielibyście poczuć XVII-wieczny klimat, to zdecydowanie polecam, natomiast jeśli liczycie na szaleńcze tempo i niespodziewane zwroty akcji to niestety- zawiedziecie się. Widać, że autor miał ciekawy pomysł na książkę, jego warsztat również nie jest zły bo napisana jest dość starannie, jednak całości zabrakło "tego czegoś", co sprawia, że śledzimy losy bohaterów z wypiekami na twarzy. Jest to książka, którą jak najbardziej można przeczytać, jednak nie jest to pozycja z listy absolutnych "must read", więc to czy poświęcicie jej czas zależy już tylko od Was, ja ani Was specjalnie nie namawiam, ani nie zniechęcam...
"Pamiętnik Buntowników"- Karol Wąsowicz

"Pamiętnik Buntowników"- Karol Wąsowicz





     Wierzycie w sny prorocze? W to, że wszystko co Wam się śni ma jakiś cel i odzwierciedlenie w waszym życiu? Gro ludzi doszukuje się w swoich snach życiowej prawdy o własnej przyszłości i może być to całkiem ciekawym zjawiskiem, dopóki owe sny układają się po naszej myśli, a co w przypadku, kiedy sny zwiastują nam rychły koniec? A obrazy, bardziej niż relaksującą idyllę przypominają sceny apokaliptyczne? Cóż... miejcie się na baczności bo zło czai się wszędzie...

     Paweł to zwyczajny, młody mężczyzna jakich wielu. Wiedzie spokojny żywot u boku swojej dziewczyny- Magdy, aż do momentu kiedy traci wzrok. Wówczas jego życie zmienia się o 180 stopni. Zaczynają dręczyć go senne koszmary. Wkrótce jego dziewczyna znika, za to chłopakiem zaczyna interesować się tajemnicze stowarzyszenie buntowników. Szybko wychodzi na jaw, że męczące go koszmary, to nie tylko senne mary, a makabryczne wizje przyszłości. Jednocześnie okazuje się, że jego ukochana również ma swoją mroczną tajemnicę...

     Długo zastanawiałam się, jaka tak właściwie jest książka Karola Wąsowicza i pierwsze określenie jakie przyszło mi do głowy to... "dziwna". Tak, jest zdecydowanie dziwna. Co absolutnie nie oznacza, że jest zła. Wręcz przeciwnie. "Pamiętnik Buntowników" to bardzo niepozorna, zaledwie 120-stronnicowa książeczka, w której dzieje się tyle ile czasami autorzy nie są wstanie zmieścić w pięciuset stronicowej książce. Dzięki niewielkiej objętości, akcja jest bardzo skoncentrowana, w zasadzie nie ma tam "pustych" stron, gdzie opisy mają zapełnić przestrzeń. Tutaj każda strona to akcja, która dodatkowo dzieje się dwutorowo: Z jednej strony mamy wydarzenia w czasie rzeczywistym, z drugiej zaś opisy snów głównego bohatera, a wszystko to jest dodatkowo uzupełnione tekstami piosenek, co pozwala czytelnikowi oderwać się na chwilę od makabrycznych opisów. 

Fabuła książki jest raczej lekka w odbiorze, ale opisy są bardzo brutalne, więc z pewnością nie jest to książka dla każdego i szczerze mówiąc, gdyby liczyłam np. 400 stron, to sama nie wiem czy dobrnęłabym do końca. 

"Pamiętnik Buntowników" to bardzo nieoczywista, nieco psychodeliczna i bardzo brutalna książka, przy której z pewnością nie będziecie się nudzić. Akcja rozwija się w błyskawicznym tempie i zapewnia czytelnikowi cały wachlarz różnorakich emocji. To książka zdecydowanie inna od wszystkiego co dotychczas czytałam, ale warta poświęcenia jej wieczoru, więc fanom horrorów zdecydowanie polecam.



Tytuł: "Pamiętnik Buntowników"
Autor: Karol Wąsowicz
Wydawnictwo: AlterNatywne
Data wydania: 25.10.2018r.
Ilość stron: 120
ISBN: 978-83-947567-4-1
"Love line II"- Nina Reichter

"Love line II"- Nina Reichter

"W życiu są momenty, kiedy nadzieja pomaga i są takie, kiedy nabiera zabójczych właściwości. Dorosłość polega na tym, żeby możliwie szybko odróżnić jedne od drugich."




     Ostatnio pisałam Wam o pierwszej części "Love line" (>recenzja<), która absolutnie mnie oczarowała. Dlatego już dziś przychodzę do Was z kontynuacją losów Bethany i Matthew i nową dawką psychologii związków. 

     Kiedy ponownie spotykamy głównych bohaterów, znajdują się oni w miejscu, w którym nikt, kto czytał pierwszą część serii nie chciałby ich zobaczyć: Bethany, po wszystkich burzach jakie musiała przeżyć w ciągu ostatnich miesięcy, postanawia przemyśleć kwestię swojego rozwodu i dać mężowi drugą szansę. Matt natomiast przygotowuje się do ślubu z córką telewizyjnego magnata i próbuje przyzwyczaić się do faktu, że wkrótce zostanie ojcem. I wydawałoby się, że sytuacja między głównymi bohaterami jest tak zawikłana, że nie da się już bardziej namieszać w ich życiorysach, ale nic bardziej mylnego... Za sprawą zrządzenia losu (i przy pomocy kilku "życzliwych" duszyczek) dwoje byłych kochanków, którzy unikają się jak ognia, będą zmuszeni pracować ściślej niż kiedykolwiek wcześniej. Czy w tak trudnych okolicznościach będą potrafili zachować chłodny profesjonalizm czy też dadzą upust swoim emocjom? I kto wyjdzie z całej sytuacji bez szwanku, a kto poniesie największe straty? Tego Wam nie zdradzę. Musicie przekonać się sami...

     Przy okazji pierwszej części "Love line" pisałam Wam, że akcja rozwija się nieco zbyt wolno i przyspiesza dopiero w połowie książki, w drugim tomie autorka naprawiła ten błąd i akcja rozpędza się już od pierwszego rozdziału i z każdą kolejną stroną przyspiesza jeszcze bardziej. 

     Poza wartką akcją, ważnym elementem jest nadal aspekt psychologiczny, choć w tej części nieco zmienił się jego wymiar i dużo bardziej niż na psychologii płci, skupia się konkretnie na głównych bohaterach, dzięki czemu mamy możliwość poznać ich znacznie lepiej. 
     Dużym zaskoczeniem może być ewolucja postaci Matthew, który w pierwszej części był nieco tajemniczy i bardzo opanowany, za to w drugim tomie poznajemy jego przeszłość, ale też on sam bardzo się zmienia. Perfekcyjna maska coraz bardziej zaczyna go uwierać i coraz częściej pokazuje prawdziwe emocje. 

     Zawsze przy czytaniu serii książek pojawia się niepewność, czy w kolejnych tomach autor udźwignie temat i kontynuacja dorówna pierwszej części i w przypadku "Love line" również towarzyszyły mi takie obawy, jednak bardzo szybko zostały rozwiane, bo mam wrażenie, że (jeżeli to w ogóle możliwe), Nina Reichter przeszła samą sobie i przebiła pierwszą część, co naprawdę nie było prostym zadaniem, bo mając książkę z takim potencjałem bardzo łatwo można dać się ponieść i "przedobrzyć". Na szczęścia autorka wykazała się pewną wstrzemięźliwością i ograniczyła się do tego co sprawdzone: znani bohaterowie, konkretne wątki, inteligentne dialogi, a to wszystko okraszone psychologiczną otoczką, cóż mogę powiedzieć... nic więcej mi do szczęścia nie potrzeba;)

     "Love line II" to niesamowicie udana kontynuacja, która sprawi, że (jeśli jeszcze tego nie zrobiliście) absolutnie zakochacie się w historii Bethany i Matthew. Autorka czaruje słowem, uzależnia od stworzonej przez siebie historii i sprawia, że chce się tylko więcej i więcej. To nie kolejna łzawa historyjka, to bardzo dojrzała, inteligentna opowieść o niewyidealizowanych bohaterach z krwi i kości, którzy popełniają błędy i gubią się w otaczającym ich świecie, ale też o odwiecznej walce serca i rozumu, tego czego się pragnie, z tym co powinno się zrobić i chyba właśnie dlatego tak celnie trafia w czytelnicze serce, bo jest prawdziwa. Do bólu prawdziwa. Polecam z całego serca, bo warta jest każdej, poświęconej na jej lekturę minuty.




Tytuł: "Love line II"
Autor: Nina Reichter
Wydawnictwo: Novae Res
Data wydania: 26.10.2018r.
Ilość stron: 352
ISBN: 978-83-8147-067-4





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...




zBLOGowani.pl

Copyright © 2014 Książkoholiczka94 , Blogger